....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.

starty

sobota, 22 września 2012

... czyli udana impreza na luzie


Dzisiaj rano, o godzinie 11.00 odbył się I Charytatywny Bieg Tesco Dzieciom zorganizowany przez fundację Tesco Dzieciom. Mimo że już od kilku dni walczę z wirusem i głównie siedzę zasmarkana w domu zamiast biegać, tej imprezy nie mogłam opuścić.

Po pierwsze dlatego że odbywała się ona na krakowskich Błoniach, czyli "u mnie", a w zasadzie rzut beretem ode mnie. Po drugie dystans biegu to 3.5 km czyli coś w sam raz dla początkującej biegaczki, czyli "mój" dystans. Po trzecie, ostatnie i najważniejsze był to bieg z którego całkowity dochód został przeznaczony na doposażenie świetlicy dla dzieci w Klinice Onkologii i Hematologii Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Jest to szpital z którego pomocy moje dzieci niejednokrotnie już korzystały.

Jako że całej imprezie przyświecał wyższy cel, trasę można było przebiec, przetruchtać lub nawet przemaszerować :) Malutkie dzieci jechały na rowerkach a z numerem startowym przypiętym na plecach biegł tez pies ;) Pogoda była w sam raz, było chłodno,  tuż przed biegiem na szczęście przestało kropić. Za to atmosfera była gorąca i tym razem po raz pierwszy przed biegiem poczułam przypływ adrenaliny. Być może dlatego, że wiedziałam, że go ukończę i nie paraliżował mnie strach, tak jak to miało miejsce w  Rzeszowie.  Przed biegiem była wspólna rozgrzewka a po biegu, po dekoracji rozlosowanie około 60 dodatkowych nagród (szkoda tylko, że losowanie odbywało się komputerowo, a nie na oczach publiczności). Niestety szczęście mi nie sprzyjało, jak zwykle ;) Za to jedną z nagród wylosował wcześniej wspomniany pies. Były to rolki, szkoda tylko, że jedna para :)

Fundacji udało się zebrać ponad 40 000 zł dla szpitala. Ponoć ta suma przerosła oczekiwania organizatorów :) A ja mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze więcej. Chciałaby też, aby takich imprez było więcej :)

No i mam już trzeci medal do kolekcji. Mówiłam, że zbieram medale? Nie? No to zbieram, od dziś :)

A jak biegłam? Normalnym moim tempem treningowy, czyli powoli. Ale przynajmniej wiedziałam, że dobiegnę do mety spokojnie. Nie maszerowałam, nie musiałam! Nie miałam też żadnej presji psychicznej, bo za mną jeszcze biegły tłumy ludzi.

Cieszę się, że moja pasja, przynosi przyjemność i pożytek nie tylko mnie samej, ale tez innym bardziej potrzebującym :) Aż chce się biegać! Po tym biegu czułam się jakoś dziwnie radosna i naładowana energią, zdałam sobie sprawę, że w bieganiu jak to w bieganiu, czasem z górki czasem pod górkę, ale zawsze do przodu :) Może to właśnie tak działają endorfiny?

A teraz formalności:

dystans: 3.5 km

mój czas: 22.07 (190 miejsce)

czas mojego męża: 15.07 (35 miejsce!)

 

poniedziałek, 10 września 2012

...czyli nie tak to sobie wszystko zaplanowałam

Jak to się mówiło? Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga powiedz mu o swoich planach?

Do Krynicy pojechałam z mężem, żeby pobiec na 10 km. Godzinę przed tym biegiem rozgrywał się bieg kobiet na dystansie 1 kilometra. Wstępnie też planowałam w nim wystartować ale jakoś później sobie o tym zapomniałam. Jak zapowiadali ten bieg, w ostatniej chwili mąż mnie wypchnął na start, zaskoczoną i jeszcze nie rozgrzaną. Bo przecież się zapisałam ;) No to pobiegłam, szybciej niż zazwyczaj biegam, bo dystans krótszy. Na tyle szybko żeby od razu złapać kolkę. Do biegu na 10 km była jeszcze godzina przerwy, miałam nadzieję, że wszystko będzie ok. Niestety już na pierwszym kilometrze kolka wróciła i z czasem nasilała się. Z bólem serca (i brzucha) zeszłam z trasy, bo wiedziałam, że teraz to już na pewno nie dam rady. Dodam, że ta kolka trzymała mnie do wieczora i sprawiała kłopot nawet przy szybkim marszu :(

Cóż, nie wszystko zawsze układa się tak jak byśmy sobie tego życzyli. Mimo to, z perspektywy czasu myślę, że może i dobrze się stało. Do biegu na dychę byłam jeszcze totalnie nieprzygotowana. Przez ostatni tydzień strasznie się denerwowałam z powodu tego biegu - niepotrzebnie. Przecież bieganie ma mi sprawiać radość, to ma być odprężenie, odskocznia od codziennych stresów, to ma być fun! Muszę z większą pokorą podejść do treningów, tu nie ma drogi na skróty, tu trzeba swoje "odbiegać" Doszłam do wniosku, że na dyszkę będę gotowa może już na wiosnę, a jeśli nie to zadebiutuję za rok, znów w Krynicy, bo na pewno tam wrócę!

Mimo, że nie wszystko poszło po mojej myśli wyjazd uważam za bardzo udany. Spędziłam cudowny weekend z mężem, bez dzieciaków, bez obowiązków, w pięknym otoczeniu :) Byliśmy na kilku interesujących wykładach, zrobiliśmy małe sportowe zakupy na targach. Festiwalowa atmosfera bardzo nam się udzieliła i teraz jeszcze bardziej chce się biegać. Widok wracających maratończyków i ultramaratończyków niesamowicie krzepił i dodawał sił, cały smutek z powodu nieudanego biegu gdzieś prysnął.

No i najważniejsze -  mój mąż pobił o kilka minut swoją życiówkę (w końcu to jest życiowa dziesiątka Taurona) i ukończył bieg z czasem 47:02. Jestem z niego strasznie dumna! A i ja medal mam, z biegu kobiet, więc może i dobrze, że w nim pobiegłam ;)

A co teraz? Oddycham z ulgą, nie czekają mnie już w najbliższym czasie żadne zawody, będę sobie więc pomykać powolutku, bez napinki, bez stresu, że muszę szybciej i dalej. Mam czas. Uff.

 

czwartek, 06 września 2012

Wyniki XXIII Nocnego Biegu Solidarności w Rzeszowie już są. Choć prawdopodobnie nie bez błędów, bo niektórzy maja wpisany inny wynik w kategoriach wiekowych a inny w ogólnej klasyfikacji.

mój dokładny czas: 40:52

czas mojego męża: 27:28 - jestem pod wrażeniem!!!


Jednocześnie chciałabym wyrazić wielki podziw dla najstarszego uczestnika biegu Pana Jerzego Dębskiego, 78 latka, który biega od dziesięciu lat. Po biegu zamieniłam z nim dwa słowa i dowiedziałam się, że on nigdy biegaczem nie był, że biega "tylko" od 10 lat :)

Jestem też pełna podziwu dla Roberta Pawłowicza, który bieg ukończył o kulach. Tak jak wspomniał w wywiadzie, czasami widzi zdziwienie w oczach innych startujących, pewno tamtego wieczora zobaczył i w moich, przyznam, ze z początku zwątpiłam nieco czy da radę ukończyć ten bieg. Ukończył, dobiegliśmy prawie w tym samym czasie. Po wysłuchaniu wywiadu z Panem Robertem Pawłowiczem jeszcze bardziej chcę biegać i pokonywać własne lenistwo i słabości. Bo wiem że się da :) I aż mi wstyd, że na 3 okrążeniu zwątpiłam w siebie i miałam ochotę zejść z trasy. A oto link do strony gdzie można (i warto) posłuchać relacji z biegu i wywiady :)

Tu podaj tekst alternatywny

poniedziałek, 03 września 2012

 

...czyli mój biegowy debiut

W Rzeszowie to 23 a dla mnie pierwszy w życiu bieg uliczny. Dzień pod obudziłam się nadal padnięta po dziesięciogodzinnej eskapadzie do Rzeszowa i powrocie do domu o pierwszej w nocy, padnięta ale szczęśliwa, jako że w końcu udało mi się  zainaugurować moje bieganie uliczne i oficjalnie wejść w świat biegaczy. Nic to, że trochę może za wcześnie, nic to że trochę może pechowo. I tak jestem zadowolona.

W prawie trzygodzinną podróż do Rzeszowa wybrałam się razem z mężem. Wyjechaliśmy na tyle wcześnie by jeszcze na miejscu zrobić sobie małe pasta party i dwie godziny przed biegiem zjeść obowiązkowe spaghetti. Któż miał przewidzieć, że w Rzeszowie na zwykły makaron z sosem czeka się prawie godzinę? Ja na szczęście przezornie zrezygnowałam z jedzenia a mój małżonek niestety biegł z żołądkiem pełnym kluchów i piwa ;) Ja i tak nie mogłabym jeść, tak się denerwowałam od rana, że żołądek płatał mi psikusy i musiałam się faszerować różnymi prochami.

Przed biegiem miała być adrenalina tymczasem były tylko nogi jak z waty. Na szczęście stres trochę rozładowało spotkanie z tete. Tak się zagadaliśmy stojąc za linią startu, że dopiero fala tłumu, która gwałtownie poniosła nas do przodu była  znakiem, że bieg się rozpoczął. Tomek, pozdrawiam!

6000 metrowa trasa wiodła dookoła pięknego rzeszowskiego rynku. Należało zrobić 4 pętle. Ruszyłam uzbrojona w pulsometr, prędkościomierz i z zegarek Kalenji nastawiony na odpowiednie interwały do gallowayowania. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka, cóż włączyłam go w trakcie, przecież nie mogłam już wrócić na start. Z mojego marszo-biegania też nic nie wyszło - po prostu było mi wstyd, bo nikt inny tego nie robił, wszyscy cały czas biegli. Przez to niestety biegłam coraz bardziej zmęczona. Na trzeciej pętli złożyłam sobie solenną obietnicę, że w następnym takim biegu wezmę udział dopiero za rok lub dwa, jak będę już dużo lepiej przygotowana. Powiedziałam też sobie, że w Krynicy za tydzień będę tylko kibicem i cały czas się oglądałam czy chłopak o kulach już mnie wyprzedza czy jeszcze nie. Zresztą już na drugiej mojej pętli mijały mnie tabuny biegaczy, którzy robili ostatnie okrążenie i kończyli swój bieg, ja miałam jeszcze kawał drogi przed sobą co było strasznie deprymujące i zniechęcające. Po prostu cały czas mnie ktoś mijał!

Ostatnie okrążenie było najtrudniejsze, nie dość, że było mi ciężko, bo do mety było ciut pod górkę, to świadomość, że jestem w samym ogonku a policjanci sobie myślą, że już chętnie by się zwijali z trasy ale jeszcze jakaś baba leci, skutecznie cementowała mi nogi. No cóż, w końcu jednak dobiegłam. Okazało się że medalu już dla mnie zabrakło, co oznajmił mi miły pan ograbiając mnie z numeru startowego. Potem odlazłam w tłumie męża, który wspaniałomyślnie oddał mi swój medal i podsunął butelkę wody. Wtedy dopiero sobie przypomniałam, że po biegu należy zastopować zegarek :(

W nagrodę, a może dla pocieszenia poszliśmy jeszcze na pyszny deser. Pogoda była piękna, a ryneczek Rzeszowa bardzo urokliwy. Do domu wracaliśmy grubo po północy. Na koniec imprezy, przy wyjeździe z miasta zrobiono nam jeszcze pamiątkowe zdjęcie. Nie był to jednak komitet pożegnalny Biegu Solidarności a złośliwa budka na słupie stojąca przy szosie.

Zauważyłam, że przy relacjach z różnych biegów w dobrym tonie jest na koniec coś skrytykować (wszyscy blogerzy tak robią) więc i ja coś napisze. Gdy biegłam moje trzecie kółeczko, to większość biegaczy była już po swoim ostatnim, przekroczyli linię mety i tuż za nią odbierali medale. Ja i garstka niedobitków (chłopak o kulach, chyba 80 letni dziadek i jakieś chichrające się przez całą drogę dziewczyny) musieliśmy mocno lawirować, żeby wyminąć stojące tuż za metą grupy ludzi (w wąskiej uliczce) i przebiec jeszcze swoje ostatnie okrążenie. A wystarczyło by obsługa biegu kierowała ludzi którzy ukończyli bieg na bok, za barierki i tam rozdawała medale, albo żeby sami uczestnicy byli trochę bardziej domyślni i łaskawie zauważyli, że bieg jeszcze trwa i cieszyli się kilka metrów dalej.

Niestety wyników biegu jeszcze nie ma :( i nie wiadomo kiedy będą. Podobno zaistniały jakieś kłopoty z pomiarem. Analizując kilometrowe interwały w moim zegarku szacuję, że biegłam około 40 minut. Średnie tętno zaś miałam 180. Czyli tyle co według wzoru powinno wynosić moje tętno maksymalne!

Tym miłym akcentem chciałam zakończyć relację z mojego najpierwszego biegu ulicznego :)

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał czym jest dla mnie bieganie to nie odpowiedziałabym, że przygodą, frajdą, odpoczynkiem i relaksem. Dla mnie to trudne przełamywanie barier i własnych słabości. I uwierzcie, daje  to cholerną satysfakcję.

 

 




Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------