....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.

góry

środa, 01 sierpnia 2012

Za to przez ostatnie kilka dni było trochę treningu kardio z obciążeniem czyli łazikowania w naszych pięknych Taterkach. Obciążenie było tym razem porządne, razem nieśliśmy 43 kg. Fakt, ze nie rozłożone po równo. Dzieci miały po 5 kg, ja 8 kg, a mój małżonek robił za muła szerpę i miał na plecach 25 kg. Do tej pory zawsze jeździliśmy w Tatry Zachodnie, ale teraz stwierdziliśmy, że wypadałoby choć raz pokazać dzieciom Morskie Oko.


Jeszcze w Zakopanem, Toporowa Cyrhla

 

Zostawiliśmy auto w Toporowej Cyrhli i skąd ruszyliśmy do schroniska w dolinie Roztoki. Nasz pierwszy dzień niestety był dość pechowy bo po jakiejś godzinie marszu rozpętała się burza i straszna ulewa. Widzieliśmy jak biała ściana deszczu w zawrotnym tempie zbliża się do nas. Wprawdzie zdążyliśmy ubrać kurtki przeciwdeszczowe i osłonki na plecaki, ale niewiele to pomogło. Kolejne dwie godziny marszu w deszczu udowodniły, że wszystkie deklaracje o wodoodporności kurtek i butów (marek nie wymienię celowo) nie są warte funta kłaków i żałowałam, że nie miałam zwykłej foliowej peleryny.

ratujemy co się da

 

Przemoknąć do suchej nitki to mało powiedziane. Nie miałam na sobie żadnej suchej nitki. Woda głośno chlupała w butach, mokra nawet była bielizna, zalany aparat i telefon (oba przestały działać), zalane pieniądze (nie wiedziałam, że są wodoodporne), nawet śpiwory ukryte w workach w osłoniętych plandekami plecakach były wilgotne.


suszenie kasy i telefonów

 

Na szczęście schronisko w Roztoce jest jednym z lepszych jakie widziałam, bardzo przyjazne turystom, posiada działającą suszarnie. Niestety z powodu przedłużających się opadów suszarnia szybko zamieniła się w saunę. Ciuchy wyschły, owszem, ale buty już nie, tak więc następnego dnia wyruszyliśmy w mokrym obuwiu, na szczęście tylko do Doliny Pięciu Stawów, gdzie kontynuowaliśmy suszenie.






aparat czasami desperacko próbował działać, więc jest kilka zdjęć

D5S na szczęście przywitała nas słońcem i już w suchych butach zrobiliśmy sobie prawie całodniową wędrówkę poprzez Szpiglasowy Wierch, do Morskiego Oka i powrót do D5S przez Świstówkę. Przyznam, że lekko mnie rozbolał żołądek z nerwów jak widziałam jak mi dzieci śmigają po łańcuchach pod Szpiglasową Przełęczą, ale największy horror miał się wydarzyć w Morskim Oku, gdzie planowaliśmy zjeść obiad. Tuż przed dojściem do MOka zaczęło grzmieć i padać, akurat gdy doszliśmy do schroniska wszyscy plażowicze weszli do budynku i schronisko pękało w szwach. Ludzie siedzieli sobie na kolanach i jedli na stojąco. Obłęd. Wtedy postanowiłam sobie, że to był mój pierwszy i ostatni raz w Morskim Oku.


W drodze z D5S na Szpiglasowy Wierch

 


pod Szpiglasową Przełęczą


Na drugi dzień niestety pogoda się ponownie zepsuła więc do Zakopanego wracaliśmy doliną, a nie tak jak to było planowane przez przełęcz Krzyżne. Cóż, tak bywa, ale to znaczy że jest po co wracać.

Nogi trochę bolały, chociaż plecy bardziej :) Już się nie mogę doczekać kolejnego wyjazdu, może we wrześniu...

A tymczasem dziś będę próbowała powrócić do biegania. Mięśnie już zregenerowane, tylko jeszcze kolana dziwne odgłosy wydają.

Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------