....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.

trening

poniedziałek, 22 października 2012

...jak myślałam. Bo ostatnio różne dziwne myśli przychodziły mi do głowy: że nadal biegam tak wolno, że można koło mnie spokojnie maszerować, że może powinnam rzucić bieganie i zająć się uprawianiem ogródka, że może nawet cierpię na jakiś nieuleczalny syndrom chronicznego braku kondycji... Przejrzałam moje ostanie notatki na Dailymile i doszłam do wniosku, ze nie jest  tak źle i chyba  jednak wskoczyłam na wyższy poziom (a może chociaż na poziomowe półpiętro).

Do tej pory standardem było, że biegnę pętlę: dom - szkoła moich dzieci - dom, czyli trzy kilometry. Jakiś czas temu zmieniłam stałą trasę na pętlę: dom, bank, dom i voilà, biegam teraz po 5 kilometrów. I raczej nie chodzi tu o przełamanie barier fizycznych, tylko psychicznych. Bardzo przywiązuję się do mojej trasy biegowej, nie przepadam za zmianami, a powtarzać pętli nie lubię, więc biegam ciągle tyle samo.

Chyba wkrótce muszę usiąść nad mapą i poszukać kolejnych rozwiązań alternatywnych, wyjść poza utarte schematy i wziąć pod uwagę nieodkryte jeszcze przeze mnie trasy z podbiegami (których się panicznie boję). Może następna zmiana trasy zaowocuje dodatkowym kilometrem lub dwoma? To biegowe zwiedzani najbliższej okolicy robi się nawet zabawne ;)

 

środa, 15 sierpnia 2012

Niezupełnie. Pranie, prasowanie, pakowanie i dwa dni w podróży to powód kilkudniowej przerwy w bieganiu. A jak wiadomo, długie przerwy kondycji nie służą, przynajmniej u początkujących. Jednak sam fakt biegania w innych, jakże pięknych okolicznościach przyrody sprzyja woli walki i wypędza rankiem na nowe, nieznane trasy biegowe.

Tak proszę państwa, przez następny tydzień będę się puszczać (truchtem) w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie rozpoczął się długo wyczekiwany wyjazd na tak zwane łono natury. Mamy buty biegowe, buty górskie, rowery, pogoda ma się poprawić a gospodarstwo w którym mieszkamy nazywa się Twój Raj (nomen omen) - żyć nie umierać!

Dziś więc było lekkie śniadanko, tylko płatki z mlekiem, Po czym udaliśmy się z małżonkiem na mały biegowy rekonesans. Lekka mżawka była naszym sprzymierzeńcem, a ja czułam jak moje płuca rosną dotleniane przez otaczający nas las.

7,31 km -  50:27

Zobaczymy czy pod koniec tygodnia uda mi się pokonać tą samą trasę w lepszym czasie :)

Dla mojego męża tempo jednak było zbyt wolne więc biegał koło mnie tam i z powrotem, trochę jak nasz pies na spacerze, a przy okazji jeszcze grzyby zbierał.

A oto owoce naszej dzisiejszej przebieżki :) Będą do jajecznicy jak tylko wyczaimy gdzie tu można jajka od prawdziwych kur kupić :)

wtorek, 07 sierpnia 2012

Zaliczyłam dzisiaj ciężki dzień zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Czas na bieganie dopiero znalazłam wieczorem, ale może to i dobrze, bo akurat zrobiło się przyjemnie chłodno. Dziś według rozpiski miałam przebiec 6 kilometrów. Okazało się, że do domu ma 7 km więc stwierdziłam, że pal sześć, nie będę maszerować przed samym domem tylko dobiegnę. Gdy zrobiłam te 7 km coś się we mnie zacięło, jakiś wyłącznik się zepsuł i biegłam dalej. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że skoro już tyle przebiegłam, to równie dobrze mogę biec dalej i... przeczłapałam dychę. Czas wprawdzie długi, ale to pan Galloway jest za to odpowiedzialny, bo nadal biega ze mną :)

10.49 km w 1:17

O dziwo po 7 kilometrze nie miałam już zadyszki i utrzymywałam to samo tempo i biegło mi się lepiej niż na początku (może mam zadatki na ultrasa?), za to zaczęły mnie trochę boleć kolana, biodra i coś co powinno być w sportowym staniku a nie było. Odkryłam też dzisiaj, że mam chyba jedną nogę pronującą a drugą supinującą.

A teraz pytanie, jak ja to powtórzę?

niedziela, 22 lipca 2012

 

Tak jak zapowiedziałam z zeszłym tygodniu dzisiaj przyszło mi się zmierzyć po raz pierwszy z dystansem 5 kilometrów.

Pogoda na początku sprzyjała, dość chłodno lekki wiaterek. Ruszyłam żwawo do przodu. Po pewnym czasie jednak zaczęłam żałować, że nie zabrałam ze sobą camelbaka, że nie nachlałam się izotoniku czy innego redbulla i że wczoraj zapomniałam zjeść na kolację spaghetti. Na trasie niestety nie było kurtyn wodnych ani żadnych punktów żywieniowych, musiałam więc cały czas biec o suchym pysku. Na 4 kilometrze i 27 metrze dopadła mnie ściana. Dalej już tylko biegłam głową, bo moje serce, ręce, nogi i cała reszta zostały o jakieś pół kilometra w tyle i już do końca nie mogły mnie dogonić. Pod koniec wyłączyli wiatr i zaczęło wychodzić słońce, czego zupełnie nie zamawiałam. Na mecie niestety nie dostałam spodziewanego orderu medalu. Muszę przyznać, że do niczego przygotowali tą trasę.

No ale żeby nie być gołosłownym podam więcej szczegółów w tym mój powalający czas (każdego powala innego powodu), może znajdę jakiegoś osobistego trenera a może nawet sponsora.

Dystans: 5 km

Czas: 38'46''

Średnia prędkość: 7.9 km/h

Średnie tętno: 158

Tętno maksymalne: 171

No ale teraz poważnie :) Według dotychczasowego planu powinnam teraz wystartować na zawodach na 5 km. Niestety w tym terminie w mojej okolicy takich zawodów nie ma. W związku z tym powstało pytanie i dylemat: Co dalej? Zatrzymać się trochę na etapie 5 km i pozwolić organizmowi się przyzwyczaić do tego wysiłku (powiedzcie że tak!!!) i powoli ruszyć dalej? Czy może przejść na kolejny poziom i zacząć ćwiczyć według nowego planu Gallowaya na 10 km, który zakłada że od dziś co niedzielę dystans zwiększa się o kilometr? Czyli za tydzień powinnam przebiec już 6 km.

Ta druga opcja jest bardzo kusząca bo pozwoliłaby mi się szybko rozwijać i za jakiś czas wystartować w zawodach na 10 km których jest o wiele więcej w okolicy. Obawiam się jednak, że taki plan to porwanie się z motyką na słońce. Moja kondycja nadal przedstawia wiele do życzenia, nadal się szybko męczę. Trochę mnie to frustruje, bo widzę, że wszyscy wokół mnie robią duże postępy w krótkim czasie a ja drepcze w miejscu (czasami dosłownie). Pierwsza opcja jest bardziej realna, rozsądna, ale wydaje się być nudna, poza tym ja jestem tak niepoprawnie niecierpliwa! Doradźcie coś, please :)

 

 

 

niedziela, 15 lipca 2012

Właśnie drugi raz w życiu przebiegłam 4 kilometry i tym sposobem zakończyłam 4 tydzień mojego  programu treningowego. Gdybym powiedziała że było dziś łatwo to bym trochę skłamała.

Jest niedziela, więc pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zmienić trochę trasę więc pojechałam na wały, nad rzekę. Szybko jednak przekonałam się jak ciężko się biega po wąskiej ścieżynie gdy z obu stron trawa prawie po pas. Po raz pierwszy w życiu też spotkałam na trasie psa, który szczerzył na mnie kły. Nie był wprawdzie duży, ale i tak nie chciałabym mieć jego zębów w mojej łydce. Czytałam kiedyś co należy robić w takiej sytuacji, ale  z nerwów chyba nie mogłam sobie przypomnieć, więc mówiłam do niego "psik" i się w końcu odczepił.

Mam kilka przemyśleń po dzisiejszym biegu. Po pierwsze chyba za mało jem węglowodanów, bo ostatnio podczas biegów czuję "miękkie nogi" a to podobno objaw braku energii. Po drugie skarpetki biegowe z Lidla są cieplejsze od tych Kalenji i raczej zostawię je sobie na jesień i zimę. Po trzecie muszę się zmobilizować do biegania o wcześniejszej trochę porze niż wieczór, może będę miała więcej siły wtedy.

Za tydzień, w długim niedzielnym wybieganiu mam zaplanowane aż 5 kilometrów. Już się boję.

czwartek, 05 lipca 2012

Właśnie wróciliśmy z krótkiej, półgodzinnej przejażdżki rowerami. Tempo było umiarkowane i czas niezbyt długi, bo z psem na smyczy, a nie chcemy by nas posądzono o znęcanie się nad zwierzętami. Zresztą cały czas pytałam męża czy Frodo aby nie musi odpocząć. Nie musiał jak się okazywało, a ja i owszem. Oznajmiłam mężowi, że jakoś dawniej tak się nie męczyłam na rowerze. On na to, że jak człowiek nie jeździ to się nie męczy. Święta racja. Nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałam na rowerze. Teraz widzę, że jak zwłoki do życia, ja powracam do sportowej aktywności. Z takim samym trudem, ale za to ku uciesze całej rodziny. Syn który dopiero co dostał kartę rowerową całą drogę prawił mi morały jak to nieprzepisowo jadę...

Po odcinku szosą wjechaliśmy na wyboistą łączkę. Modliłam się w duchu, żeby nie wywinąć orła przy własnym dziecku i zupełnie nie podkopać sobie reputacji. Jak to jest, że we wszystkim dzieci stają się lepsze ode mnie? Jeszcze niedawno uczyliśmy je z mężem jeździć na nartach a teraz o dogonieniu ich na stoku nie ma mowy, a trudność trasy wybiera się już nie pod dzieci ale pode mnie. Tak samo już zaczyna być  z rowerami.

A po dzisiejszej wycieczce to najbardziej bolą mnie ręce. Na wąskich ścieżkach zarośniętej trawą łąki ściskałam kierownicę tak mocno jak wtedy gdy po raz pierwszy wyjechałam autem zaraz po tym jak dostałam prawo jazdy, aż nabawiłam się odcisków na dłoniach. Ja chyba mam jakąś rowerową klaustrofobię, jak ścieżka jest zbyt wąska kierownica zaczyna mi odmawiać posłuszeństwa.

Mimo wszystko stwierdzam, że rower jest fajny, a takie rodzinne wycieczki bardzo nas jednoczą. Cieszę się, że w przeciwieństwie do biegania trening uzupełniający mogę robić z całą rodziną.

 

niedziela, 01 lipca 2012

Bywały już trasy 3 kilometrowe, które w całości potrafiłam pokonać nie uciekając się do marszu, ale przyznam, że byłam po nich porządnie zmęczona. Moje biegi z tygodnia na tydzień się wydłużają a ja muszę im sprostać. Galloway zakłada, że marsz powinien nastąpić w takim momencie kiedy organizm jeszcze nie czuje zmęczenia. Sprawdziłam, na moim etapie jest to pół kilometra. Tak więc nastawiłam moje ustrojstwo marki Kalenji żeby pipczało co pół kilometra i przypominało mi o marszu. Metoda ta ma plusy i minusy. Pół kilometra to niewiele, mam więc dużą motywację żeby biec, bo przecież za chwilę będzie upragniony odpoczynek, kilkadziesiąt metrów marszu. Minusem jest to, że już nie będę mogła biec kiedy ludzie mnie mijają, a maszerować kiedy nikt nie widzi. Niestety.

Co poza tym? Od wczoraj moje prawe kolano wygląda tragicznie. Całe spuchnięte, chyba podwoiło swoją objętość. Czerwone i gorące jak ogień. No i boli. Aż się prosi, żeby iść z tym do jakiegoś dobrego lekarza, najlepiej sportowego. Tyle że po prostu... ugryzł mnie w nie komar. Mam nadzieję że to nie malaria ani jakaś insza zaraza.

Podczas dzisiejszego biegu jednak zostałam dwa razy naprawdę kontuzjowana. Insekty chyba zrobiły przeciwko mnie jakąś zbiorową zmowę. Mianowicie pochłonęłam dwie muchy. Jedna mi wpadła do ust, na szczęście smakowała jakąś zieleniną ale o mało co się nie udławiłam przełykając ją. Druga zaś wpadła mi nosem i musiałam wypróbować wydmuchiwanie nosa palcami. Sposób ten znałam do tej pory tylko z opisów i nie sądziłam że przyjdzie taki dzień, że sama będę musiała go zastosować. Fuj!!!

Ale, mimo tych przeciwieństw losu i masakrycznie gorącego dnia (u nas 35 stopni w cieniu) 2,5 kilometrowy bieg wykonałam po dziewiątej wieczorem, kiedy to już się dało w miarę normalnie oddychać i tym samym uznaję drugi tydzień treningu na 5 km metodą Gallowaya klepnięty :)

 

Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------