....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.

o bieganiu

niedziela, 28 października 2012

Ostatnio łapię się na tym, że ciągle sprawdzam jaka będzie pogoda. Obecnie nie pracuję i mam ten komfort, że mogę sobie dowolnie wybrać porę dnia w której będę biegać. Nie zawsze mi to wychodzi na dobre. Czasami zachwycam się piękną pogodą za oknem i planuję bieganie na wieczór, a tu zonk, po południu ni z gruchy ni z pietruchy zaczyna padać. Postanowiłam więcej nie dać się wykiwać pogodzie i bacznie śledzę różne prognozy. Są lepsze i gorsze serwisy, znalazłam kilka, na które z różnych powodów warto zwrócić uwagę.

 

1.Pogoda dla biegaczy

Jest to jedna z wielu rodzajów prognoz w serwisie Twojapogoda.pl. Można tam też sprawdzić pogodę dla wędkarzy, narciarzy, kierowców, a nawet astronomów. Na tej stronie dowiemy się nie tylko jaka będzie temperatura, ale możemy te sprawdzić jaka będzie temperatura odczuwalna, prędkość wiatru, procent chmur, spodziewana suma opadów, ciśnienie , wilgotność, biomet. Można się też dowiedzieć jaka będzie termika czyli na przykład, że będzie "chłodno i sucho". Obrazkowa ikonka podpowie nam jak się ubrać na trening ;) Kolorowa mapa zaś pokazuje gdzie możemy wyjechać, jeśli akurat w naszym rejonie warunki do biegania są niekorzystne ;)

 

 

 

 

 

2. Animowany widget na bloga

Z tej strony można pobrać bardzo fajny pogodowy widget na swojego bloga. Ustalamy miasto dla którego ma być pokazywana pogoda i mamy do wyboru kilka krajobrazów. Pogoda jest pokazywana w formie bardzo realistycznej animacji: widzimy przesuwające się chmury gdy jest silny wiatr, deszcz zmienia kierunek jeśli tak się dzieje w rzeczywistości, zmieniają się też pory roku, w oknach zapalają się światła gdy zapada zmrok. Jednym słowem bajer! Zobaczcie sami :)

 Aktualne warunki atmosferyczne w Bostonie :) Trzeba kliknąć na ikonkę w prawym dolnym rogu by zobaczyć więcej. Pokrętłem na myszce można wtedy podróżować w czasie. Po najechaniu myszką na księżyc lub słońce otrzymamy dodatkowe informacje o wschodach i zachodach.

Widget Pogodowy
YoWindow.com Forecast by NWS

 

Pogoda  w Kenii, w miasteczku Eldoret, najbliższe duże miasto od Iten, mekki biegaczy.

Widget Pogodowy
YoWindow.com Forecast by yr.no

 

 

3. Serwis METEO

To chyba najdokładniejsza i najwiarygodniejsza prognoza pogody jaka znam, czasami faktycznie przewiduje opady z dokładnością co do godziny. Wchodząc do serwisu mamy do wyboru dwie opcje: prognoza na 60 godzin i na 84 godzin. Im krótszy okres przewidywania tym dokładniejsza prognoza.  Z początku mnogość i złożoność wykresów może przerażać, ale szybko można wyłuskać to co dla nas istotne. Ja zawsze patrzę na wykres temperatury, opadów (im więcej zielonego lub granatowego  tym bardziej pada) i na poziom chmur, bo niski poziom chmur z reguły oznacza słoneczny dzień. Polecam, ten serwis jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

 

 

wtorek, 16 października 2012

Każdy od czasu do czasu potrzebuje trochę dodatkowej motywacji, a szczególnie początkujący biegacze tacy jak ja. Ja chyba będę wiecznie początkującym biegaczem, tak jak są wieczni studenci;) Scott Jurek (chyba powoli stający się moim idolem, nie żebym chciała takie dystanse przemierzać, ale przydałyby mi się jego upór, siła i wola walki), długodystansowiec, nawet więc i do nas kieruje słowa otuchy.

Cytat z wywiadu ze Scottem Jurkiem zamieszczonego na stronie: NaTemat.pl

-Jak wytłumaczyłbyś komuś kto “umiera” z wysiłku po 10 kilometrach truchtu, Twoją radość i ekstazę jaką czujesz biegnąc 100 milowy wyścig?

Scott Jurek: Z czasem uczysz się doceniać walkę jaką musisz stoczyć podczas tak długiego biegu. Jestem pewien, że każdy może to osiągnąć. Początki nigdy nie są łatwe. Tak jak mówisz, najpierw musisz się nauczyć walczyć o każde pierwsze 5 ,10 kilometrów. Ale z czasem po prostu to osiągasz, to jest kwestia czasu.

 

Tak więc chyba mam pomysł na tatuaż na kolejną łydkę (Którą to? Piątą?). Wydziaram sobie: To jest kwestia czasu :)

 

I kończąc tym optymistycznym akcentem serię wpisów o  Jurku,  przypomnę fajny filmik w którym sam opowiada o sobie i swoim bieganiu.

 

poniedziałek, 08 października 2012

Dzisiaj w mojej poczcie mailowej znalazłam oto taki tekst:

"Bez względu na wiek i kondycję wciąż tkwią w nas niewykorzystane możliwości i nowe piękno, które czeka aby się narodzić". D. Turner.

Martwisz się kiepską kondycją i zadyszką, która nie pozwala Ci ukończyć zaplanowanego dystansu? A może czujesz się słaba i zazdrościsz młodszym koleżankom energii i szybkości na zawodach? Nie poddawaj się! Wiara we własne możliwości to najsolidniejsza podstawa sukcesu. Zaufaj sobie, nie oglądaj się na innych tylko idź (biegnij!) do przodu - w swoim tempie. Ostatni tydzień był kiepski? Dziś zaczyna się nowy! Uwierz, że możesz osiągnąć bardzo wiele. Z pewnością jeszcze nie raz zadziwisz samą siebie!


Czyżby napisane specjalnie dla mnie? Dziś kolejny raz biłam się z myślami czy wyjść pobiegać teraz czy później i próbowałam sobie udowodnić, że wiatr i plucha za oknem nie sprzyja treningom. Zastanawiałam się też czy w ogóle warto trenować skoro wyraźnego postępu nie widać? Po przeczytaniu tego maila jednak szybko wybiegłam żeby potruchtać powoli ;)

Kochane, jeśli i wy chcecie dostawać na maila regularne i solidne porcje motywacji, zapiszcie się na Newsletter na stronie Kobietki Biegają. Polecam!!!

Kobietki, Dziękuję :)

 

sobota, 06 października 2012

Zasada jest prosta i surowa: biegnij, aż już nie będziesz mógł. A potem pobiegnij jeszcze trochę. Znajdź nowe źródło energii i woli. I biegnij jeszcze szybciej.

Kilka dni temu, gdy już poczułam się lepiej, a po przeziębieniu zostało wspomnienie w postaci jeszcze trochę zatkanego nosa, postanowiłam powrócić do żywych, czyli wznowić jaką taką aktywność fizyczną. Na pierwszy ogień poszedł rower, bo wydawało mi się, że rekreacyjna jazda na rowerze jest mniej męcząca niż bieganie. Z mężem i synem postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę do Tyńca i przy okazji zwiedzić klasztor. Pogoda dobra, chłodno, ale słonecznie, do przejechania niecałe 20 kilometrów. Niby wszystko w porządku, ale nie do końca.

Po przyjeździe do domu i zejściu z rowera prawie nie mogłam ustać na nogach. Ból ud i kolan był okropny. Dały mi się we znaki podjazdy pod Tyńcem. Ostatni raz na rowerze byłam miesiąc temu, w ogóle rzadko jeżdżę, nogi nie są przyzwyczajone. Ból mięśni ustał po godzinie, ale ból kolan pozostał. Położyłam się do łóżka wcześniej. Posmarowałam kolana świeżo zakupionym w Tyńcu olejkiem do masażu  Brata Grzegorza (gdy go kupowałam, nie sadziłam, że od razu mi się przyda i nie sądziłam, że tak rewelacyjnie zadziała, na drugi dzień nie było śladu po bólu) i sięgnęłam po "Jedz i biegaj" Scotta Jurka.

Jęcząc z bólu coraz bardziej zagłębiałam się w pasjonującej lekturze. Nie będę dokładnie opisywać jak dobrze się ją czyta, jakie fajne przepisy kulinarne podaje autor i jak ciekawie opisuje swoje dzieciństwo. Nie o tym teraz będzie mowa. Już z pierwszych kart książki bombardowała mnie informacja: bieganie to ból i lepiej żebym była na to fizycznie i psychicznie przygotowana. A przecież zawsze instynktownie i podświadomie unikałam bólu i zmęczenia...

Oczywiście, że można biegać rekreacyjnie, dla przyjemności, tuż na graniczy zmęczenia. Takie bieganie zapewne przyniesie nam dobre samopoczucie i zdrowie, ale nie da zadowalających postępów, nie będziemy coraz wytrzymalsi i coraz szybsi, a w większości przypadków o to nam przecież chodzi. Żeby nasze mięśnie "wskoczyły" na kolejny poziom wytrenowania musimy je zmęczyć tak, aby doszło do mikro urazów, które zostaną odbudowane z nadwyżką w fazie regeneracji, czyli pomiędzy treningami, a potem znowu trzeba przesunąć granicę naszej wytrzymałości troszkę dalej i dalej.

I nie ma znaczenia czy to jest ból ultramaratończyka, który przekracza właśnie możliwości swojego organizmu na sto pięćdziesiątym kilometrze czy ból początkującego, którego siódmy kilometr wita zadyszką i bólem niewytrenowanych mięśni, a bieg na dziesięć kilometrów jawi mu się jako odległy dystans ultra. Każdy bowiem ma jakiś swój próg do przekroczenia, jakiś własny ból do pokonania.

Każdy z nas ma w sobie dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sam nie wie, czy zdoła to osiągnąć. Może to być przebiegnięcie mili, udział w biegu na dziesięć kilometrów, albo na sto mil. Może to być zmiana zawodu, schudnięcie o dwa kilo, wyznanie komuś miłości...

Do tej pory miałam mieszane uczucia związane z moim bieganiem. Bo przecież biegam już trochę, a ciągle się męczę, ciągle coś boli, nadal zadyszka. Scott Jurek, zwany królem bólu uświadomił mi, że to normalne, że tak ma być jeśli się chce iść do przodu i być choć ciut lepszym, biec ciut dalej, odrobinę szybciej każdego dnia. Wciąż trzeba ten swój próg przekraczać, w pocie i bólu. Do bólu i zmęczenia trzeba przywyknąć, żeby móc się rozwijać trzeba je zaakceptować.

Ból się lekceważy, przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza...

...Wiem, że wybrałem sport najeżony długimi okresami bólu.

Albo jak powiedział kolega Scotta Jurka:

Nie każdy ból jest istotny.

Świadomość, że inni też tak mają, może nie jest wielkim pocieszeniem dla mnie, ale daje mi poczucie, że nie jestem inna, że tak ma być. Były już momenty, że byłam o krok od rezygnacji, pomyślałam, że się nie uda, że nie dotrwam do takiego dnia, w którym nie będę zmęczona po treningu, kiedy bieganie będzie dla mnie łatwe. Teraz wiem, że takiego dnia faktycznie nie będzie, ale też wiem, że właśnie tak ma być jeśli mam iść do przodu.

Na drugim końcu barykady jest z kolei nasz instynkt samozachowawczy, który każe nam oszczędzać energię i unikać bólu, nawet podświadomie. Chcąc więc odnosić sukcesy musimy czasami działać wbrew naszej ludzkiej naturze, albo... trzeba lubić to uczucie. Czasami się zastanawiam czy aby efektywnie pracować nad sobą, bić własne rekordy i robić postępy nie trzeba mieć w sobie odrobinę masochisty?

...W błocie i mchu znalazłem ból, którego szukałem, ale chciałem jeszcze...

.... kiedy już poznałem satysfakcję, jaką daje ból, pragnąłem czuć go więcej....

 

piątek, 21 września 2012

Na moim blogu jak w pamiętniku piszę co mi ślina na język przynosi: o treningach, o problemach, o samopoczuciu (czasem lepszym czasem gorszym), o biegowych ciuchach, o tym co mnie inspiruje i co mnie trapi. Ogólnie o bieganiu w różnych kontekstach. Po co? Żeby usystematyzować swoje przemyślenia, żeby za x lat przeczytać jaka kiedyś byłam, uśmiechnąć się lub uśmiać i się dowartościować, po to by na co dzień dodawać sobie animuszu. Nie sądziłam jednak, że to co pisze może stanowić motywację dla innych. A jednak :)

Właśnie trafiłam na artykuł z cytatami z naszych blogów:

Potrzebujesz motywacji? Zajrzyj na blogi biegaczy!  

 Przeczytanie tego akurat dziś, kiedy siedzę w domu zakatarzona, zażywam gripex i martwię się że już dwa treningi opuściłam, jest wspaniałym zbiegiem okoliczności :)

 

sobota, 15 września 2012

Postanowiłam, że będę biegać bez przymusu, bez napinki, bez widma startu na x kilometrów za zaledwie dwa czy trzy tygodnie. Bieganie ma być przyjemne i dostosowane do moich czasowych i fizycznych możliwości. Ale jakieś postępy powinny być, trzeba przecież iść do przodu. Owszem, powolutku, ale stać w miejscu nie można. Dlatego doszłam do wniosku, że potrzebny jest plan. Plan, który usystematyzowałby całe to moje bieganie i dał mi poczucie, że  trening nie idzie na marne. Plan musi być dostosowany do moich możliwości, niestety niezbyt dużych jeszcze na chwilę obecną. Plan też musi być elastyczny, a raczej to ja muszę tak do niego podchodzić. Dzięki wykładom w Krynicy wiem, że plan można modyfikować według potrzeb i dostosowywać do własnego trybu życia. Jeśli więc się okaże, że któryś tydzień jest dla mnie zbyt trudny, bez wyrzutów sumienia go powtórzę. Jeśli będę miała zbyt mało czasu lub słabsze dni, to po prostu dłużej się zatrzymam na danym etapie.

Jaki więc ma być ten plan? Wybór wcale nie jest łatwy. W internecie jest sporo różnych planów. Amatorowi ciężko zdecydować, które są dobre a które nie. Postanowiłam się więc na początku skoncentrować na celu. Zadałam sobie pytanie co chcę przez te najbliższe kilka tygodni osiągnąć?

cel: ciągły bieg przez kilkadziesiąt minut, bez Gallowaya (temu panu już chcemy podziękować)

Dla wielu niby nic wielkiego dla mnie to jednak byłby przełom i dobry początek do późniejszego trenowania pod jakiś konkretny dystans. Czyli coś w rodzaju budowania formy :)

Na stronie jak-biegac.pl znalazłam dość prosty plan treningu który stopniowo eliminuje czas marszu na korzyść biegu. Czuję się na siłach żeby zacząć od 4 tygodnia, w końcu już nie jestem aż taka zielona ;) Dwa dni temu na próbę przebiegłam trening z poniższej tabeli i było w miarę ok. Nie biegłam szybko, w planowane 30 minut przebiegłam 4 kilometry, ale za to nie byłam zmęczona.

Tak więc mój pierwszy tydzień będzie wyglądał jak w poniżej tabeli. W kolejnych tygodniach czas trwania treningu będzie taki sam (30 minut) ale zmienią się proporcje biegu do marszu:



2 tydzień: 7 minut biegu/ 3 minuty marszu (trzy powtórzenia)

3 tydzień: 8 minut biegu / 2 minuty marszu (trzy powtórzenia)

4 tydzień: 9 minut biegu / 1 minuta marszu (trzy powtórzenia)

5 tydzień: 13 minut biegu / 2 minuty marszu (dwa powtórzenia)

6 tydzień: 14 minut biegu / 1 minuta marszu (dwa powtórzenia)

7 tydzień: 30 minut ciągłego biegu

Liczę na to, że ten system wreszcie zda egzamin i uda mi się biec przez 30 minut w tempie nie gorszym niż 7 m/km (tak, wiem że niektórzy chodzą w takim tempie, ale mają dłuższe nogi ;)

Program wdrażam od najbliższego wtorku i ma on trwać aż do początku listopada. Mam nadzieję, że wytrwam :)

czwartek, 13 września 2012

Każdy może pobiec w maratonie i go ukończyć. Czyżby? Telewizja Nova przeprowadza eksperyment i udowadnia, że tak.

Wybiera do swojego przedsięwzięcia grupę osób w różnym wieku, prowadzących różny tryb życia, borykających się z różnymi problemami zdrowotnymi. Łączy ich jedno: Nie są oni  biegaczami a chcą przebiec 42 km. Przez 9 miesięcy pracuje z nimi sztab specjalistów, trenerów i lekarzy, aż w końcu... start w maratonie w Bostonie jednym z najbardziej popularnych na świecie biegów ulicznych. Sukces nie przychodzi jednak łatwo, nowo upieczeni biegacze borykają się z wieloma problemami, przytrafiają im się kontuzje, muszą pogodzić dotychczasowe życie z intensywnymi treningami. Mimo, że wszyscy startują od zera niektórym bieganie nie sprawia większych kłopotów, dla innych zaś przebiegnięcie 5 mil w pierwszych tygodniach treningu graniczy z cudem. Specjaliści wyjaśniają dlaczego tak się dzieje. Dokument również w bardzo przystępny sposób wyjaśnia funkcjonowanie ludzkiego organizmu. Pokazuje co się dzieje z nami podczas biegu, tłumaczy co to jest VO2 max i udowadnia jak łatwo go poprawić. Przemiany, zarówno psychiczne jak i fizyczne, które zachodzą w uczestnikach programu na naszych oczach są niesamowicie krzepiące i motywujące. Film jest bardzo optymistyczny i daje realną nadzieję początkującym biegaczom :)

A dla tych, co o maratonie nie myślą słowa lekarza, który przekonuje, że żeby być zdrowym i mieć dobrą kondycję, nie trzeba pokonać aż tak długiego dystansu, wystarczy regularnie biegać trzy razy w tygodniu.

A dla ciekawych link do kalendarza treningów jakie przeszli bohaterowie filmu: Marathon Training Calendar

 

czwartek, 09 sierpnia 2012

Mój poprzedni wpis gdzie wprowadzam kilka drobnych zmian do mojego sportowego trybu życia wywołał sporo kontrowersji ;) Były wątpliwości czy podołam, zarówno fizycznie jak i psychicznie, były pytania - po co właściwie to wszystko. Nie, na biegun północny się nie wybieram ani też do Rio, przynajmniej jeszcze nie teraz ;) Ale to co chcę zrobić będzie dla mnie równie trudne.

Początek września w Krynicy zapowiada się bardzo ciekawie. Festiwal biegowy trwa aż trzy dni a w planie można znaleźć biegi od maratonów, poprzez krótki bieg dla kobiet wyłącznie, aż do biegu przebierańców na 999 metrów. Są też koncerty i inne liczne atrakcje. Postanowiliśmy z mężem spędzić ten weekend tylko we dwoje (dzieciaki i pies mają zostać w domu z dziadkami) i połączyć przyjemne z naszą  nową pasją czyli bieganiem. Łukasz wystartowałby na dyszkę i próbował poprawiać swoją życiówkę, a ja w biegu kobiet albo przebierańców (przebrana za biegacza). Jednak przy zapisywaniu się przez internet ręka mi się omsknęła i niechcący też zapisałam się na bieg na 10 km :O

No dobra, zapisałam się celowo. Pomyślałam sobie, że pies drapał te 40 złotych, najwyżej przepadnie jeśli nie wystartuję, a przynajmniej będę miała jakiś konkretny, poważny biegowy cel. Szaleństwo? Może, ale czy kiedyś mówiłam, że jestem normalna? Żeby jednak nie było wątpliwości postawiłam sprawę jasno (przed samą sobą): przez te 5 (ło matko, nie zdawałam sobie sprawy, że tylko tyle) tygodni przygotowań, które jeszcze zostały, dam z siebie wszystko. Gdy jednak zobaczę, że to mnie przerasta, bez żalu odpuszczę i zostanę jedynie kibicem (albo przebierańcem). Taki układ wydał mi się całkiem fair więc zabieram się do roboty, a raczej do biegania tudzież innego ćwiczenia mojej wątpliwej kondycji.

A teraz kwestia zasadnicza. Jak zrobić coś z niczego nie będąc Adamem Słodowym czyli jak sprawić, żebym na początku września przebiegła dychę i do tego zmieściła się w 90 minutowym limicie czasu (no i nie dostała na mecie zawału)? To dopiero będzie challenge, lepszy niż na Dailymile, lepszy bo prawdziwy :) Wprawdzie raz jedyny w życiu udało mi się przedreptać 10 km, ale wtedy biegłam chyba tylko głową, no i nie wiem czy nie przez przypadek. Potrzebny dobry plan treningowy na cito! Niestety rozsądny Galloway chyba nie da rady, bo wszystkie jego plany treningowe trwają minimum kilkanaście tygodni.  Tak więc koleżanki i koledzy liczę na wasze rady, wskazówki tudzież gotowe plany na 5 tygodni (pod tytułem: od zera do bohatera), bo inaczej będę zmuszona sobie taki plan sama ułożyć, a to może być groźne;)

A tak przy okazji, ktoś też się wybiera?

 

Jeśli on zdołał przebiec maraton, to może i ja poradzę sobie z tą dychą?

środa, 08 sierpnia 2012

Na stronie bieganie.pl znalazłam oto taki opis eksperymentu przeprowadzonego na szczurach a dotyczącego biegania. Artykuł nosi tytuł: Podstawy treningu: "Biegaj wolno i długo..."

 

 Kolejne pytanie jakie zadał sobie Holloszy to: "Ile powinien trwać bieg, aby przynosił najlepsze efekty"? W tym celu przeprowadził drugie badanie. Podzielił szczury na 4 grupy treningowe. Jedna grupa biegała 10 min, druga 30 min, trzecie biegała 60 min i czwarta 2 godziny dziennie. Wszystkie biegały na tej samej intensywności 50 - 60% VO2 max, treningi odbywały się 5 razy w tygodniu przez 13 tygodni. Po tym doświadczeniu okazało się że, grupa dwu godzinna miała największy wzrost mitochondriów po zakończeniu eksperymentu. Po zakończeniu badań został także przeprowadzony sprawdzian wytrzymałości. Szczury miały biec "do odmowy" (czyli tyle ile potrafiły) na stosunkowo dużym poziomie intensywności, identycznym dla wszystkich grup. Wyniki tego doświadczenia były niezwykłe. Grupa szczurów trenująca 10 minut dziennie przebiegła 22 min, grupa 30 minutowa - 41 min, 60 minutowa mogła biec przez 50 min, a szczury trenujące 2 godziny kontynuowały bieg przez 111 min.


Wczoraj dużo myślałam o moich treningach, bieganiu, ćwiczeniu jogi... Dziś obudziłam się z dziwnym uczuciem, ze potrzebuję kolejnych zmian w moim życiu, bardziej drastycznych, zauważalnych. Doszłam do wniosku, że mogłabym ćwiczyć więcej. Owszem, do sukcesu dochodzi się małymi kroczkami, ale ja chciałabym stawiać trochę większe, żeby nagle nie dojść do wniosku, że dreptam w miejscu.

Mam urlop do początku września, teoretycznie mam czas. Ale tylko w teorii, bo w praktyce to wygląda tak, że śpię do dziewiątej, potem siedzę przed komputerem lub telewizorem (wymawiając się igrzyskami) i z zazdrością obserwuje owoce ciężkiej pracy innych. Gdzie u mnie ta ciężka praca? Jakoś nie zauważyłam, żebym się strasznie przemęczała. Wiem, że stać mnie na więcej, wiem że mogę i wiem że muszę....

Sierpień więc będzie pewnego razu sprawdzianem moich możliwości: fizycznych, psychicznych i organizacyjnych. Czy potrafię być systematyczna, czy odłożę przyjemności na później, czy zorganizuję sobie tak prace domowe by został jeszcze czas na bieganie?

A zmiany będą drastyczne:

- bieganie codziennie ( bez względu na pogodę, docelowo również o świcie, czasami rano i wieczorem).

- po każdym bieganiu rozciąganie (do tej pory było tylko rzucenie ciała na kanapę).

- joga codziennie (minimum pół godziny).

- dodatkowe ćwiczenia z hantelkami (żebym po latach nie wyglądała jak cyborg z umięśnionymi nogami i łapkami jak gałązki).

- rower, basen, spacery z psem i inna aktywność fizyczna kiedy tylko się da.

- posiłki regularne (a nie jak do tej pory śniadanie rano a o 17.00 obiad a potem kolacja koło północy).

- chodzenie spać nie później niż  o 22.00 na początek i coraz wcześniejsza pobudka, najpóźniej o 8.00.

 

Jak byłam mała to z podziwem patrzyłam na ciężko trenujących mnichów z klasztoru Shaolin. Wtedy chciałam być tacy jak oni i nawet przez jakiś czas ćwiczyłam Karate. Do dziś patrzę na nich z nostalgią :) Są dla mnie nadal wielkim motywatorem ;)

sobota, 04 sierpnia 2012

 

 Dziś dla odmiany wyszłam pobiegać przed południem, niestety trochę za późno. Pod koniec słońce już tak paliło, że czułam się jak na patelni, a po przybiegnięciu do domu miałam ochotę zdjąć twarz i wsadzić ją do lodówki. Miałam zrobić 5 km, zabrakło mi 200 metrów, nie mogłam się już zmusić do ani jednego kroku więcej....

Muszę popracować nad rannym wstawaniem, marzy mi się bieganie o świcie. Ale chyba najpierw powinnam zacząć wcześniej się kłaść. Powinnam mieć szlaban na komputer i telewizor po godzinie 20.00.

No i jak bumerang powraca temat kondycji. Jak szybko poprawić kondycję? Pytałam o to Mariusza, który napisał mi,  że mam biegać i nie liczyć kilometrów. Pytałam mojego męża, odpowiedział mi: biegać, biegać i jeszcze raz biegać. Jeszcze Was zapytam bo przecież musi być jakiś normalny sposób! Na przykład picie Iskiate i jedzenie Pinole, jakiś przełomowy program treningowy, nakłuwanie laleczek voodoo, tabletki, elektrowstrząsy, buty z jakimiś specjalnymi wkładkami lub może medytacja?

Z dobrych wiadomości to to, że chyba muszę dziś skoczyć po szampana bo mi właśnie mój biegowy zegarek obwieścił, ze mi się udało przeczłapać pierwsza setkę :) Następna taka okazja będzie po 1000 km :O

Przy okazji biadolenia i ubolewania nad moją leżącą i wciąż kwiczącą kondycją zanurzyłam się w lekturze różnych blogów biegowych i wygrzebałam sobie oto taką pocieszajkę ;) Nie wszyscy od razu przebiegli maraton, są tacy co też kiedyś zaczynali :)))

 

Hankaskakanka z Do mety 

 Zaczęło się od namówienia męża na przebieżkę wokół naszego kwartału. Po 500 metrach truchtu, który wydawał mi się obłąkańczym galopem, miałam przed oczami kolorowe płatki. Nogi jak z waty, walące o żebra serce, zadyszka, kolka - sama radość i smutne świadectwo mojej własnej kondycji.

 

Ala z Ala się ściga

Pewnego dnia postanowiłam zrzucić to i owo - tego samego dnia założyłam stare, szkolne "adidasy" i wyszłam potruchtać, a raczej umierać uprawiając marszobieg.

 


Wiolqn z blogu Brykanie

... Palace pluca po 5 minutach biegu, bol w zastalych miesniach i dalsze zniechecenie. Z zadroscia patrzylam na tych wszystkich biegaczy w parku, ktorzy z taka lekkoscia odrywali sie od ziemi i pedzili do przodu. W czerwcu ubieglego roku w moje rece trafil 60s plan treningowy dla calkowitych laikow. Rozpoczynal sie niepozornie: 3 minuty marszu przeplatane 60s truchtaniem. Calosc zamykala sie w 16 minutach. To nie powinno mnie zabic pomyslalam wieszajac plan na scianie. Pierwszy trening skonczyl sie prawie we lzach. Z zegarkiem w dloni odliczalam 60s probujac wzrokiem popchnac wskazowki do przodu. Przebiegniecie pelnej minuty bylo prawie niemozliwe. Nie moglam uwierzyc ze mam az tak slaba kondycje.

 


Gohs z Fit is the new sexy

Pamiętam za to, że zaczęło się od marszobiegów po 2,5 kilometrowej pętli wokół pól za miastem. Wychodziłam z domu, truchtałam jak długo dałam radę, sapiąc przy tym niemiłosiernie, jak już sił brakowało, przechodziłam do marszu, żeby zacząć normalnie oddychać i znowu bieg. I tak w kółko aż nie dotarłam z powrotem do domu.

 


Kuba z Formatownia

Trening zajmował mi około 45 minut (licząc rozgrzewkę przed i po bieganiu/maszerowaniu), w których przeplatałem bieg z marszem, a więc na zasadzie: biegnę, maszeruję, biegnę, maszeruję, itd. W pierwszym tygodniu biegałem 1 minutę, po czym maszerowałem 4 minuty. W drugim tygodniu biegałem 2 minuty, a maszerowałem 3 minuty. W trzecim tygodniu biegałem 3 minuty, a maszerowałem 2 minuty. W czwartym tygodniu biegałem 4 minuty, a maszerowałem 1 minutę. Na koniec czwartego tygodnia, w niedzielę, nastąpił test, w którym sprawdziłem, czy potrafię już biec bez przerwy pół godziny. Udało się!

 
1 , 2
Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------