....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
poniedziałek, 18 czerwca 2012

W życiu codziennym jestem pedantką. Lubię zapisywać, notować, wyliczać i planować na piśmie. Jeśli więc chodzi o moje trenowanie, nie ma tu miejsca na spontan. Postanowiłam więc skorzystać z gotowego planu treningu z książki "Bieganie metodą Gallowaya". Całość trwa 8 tygodni a celem jest ukończenie biegu na 5km/udział w zawodach na 5 kilometrów, bez żadnych obwarowań czasowych. Postanowiłam trzymać się planu tak dokładnie jak to tylko będzie możliwe. Największy problem prawdopodobnie będzie ze znalezieniem zawodów w niedalekiej okolicy w planowanym terminie.

Aha, czy mycie podłogi mopem może być uznane za trening uzupełniający?

Zaczynam od dzisiaj :)

Żeby biegać należy pobiec, a żeby pobiec trzeba mieć mocą motywację. Ja postanowiłam biegać, żeby polepszyć swoją kondycję, żebym nie zostawała z tyłu na górskich wyprawach, żebym bez zadyszki mogła pobiegać z psem i tak ogólnie, żeby czuć się młodo i sprawnie. Motywacja dość dobra ale czy dość silna? Najlepiej byłoby, żeby sam bieg był w sobie przyjemnością, wtedy żadnej motywacji nie byłoby trzeba.Takiego stopnia wtajemniczenia jeszcze jednak nie osiągnęłam i wciąż czekam na legendarną euforię biegacza, może mi dane będzie kiedyś doznać tego tajemniczego uczucia. Na razie jednak potrafię przebiec maksymalnie 3 kilometry, sapiąc przy tym jak lokomotywa i padając po wszystkim na nos. Długo się głowiłam co zmienić i jak ćwiczyć, aż znalazłam w końcu rozwiązanie, myślę że dla mnie najbardziej optymalne - bieganie metodą Gallowaya.

Nazwa wygląda dość tajemniczo i zawile, ale sama metoda jest tak prosta, że aż dziw bierze, że musi mieć jakąś nazwę. W telegraficznym skrócie: prostu od samego początku do biegu należy wplatać odcinki marszu, co pozwoli nam oszczędzić siły i mięśnie i przyniesie wiele innych korzyści. Nawiązuje ona do dawnych czasów i naszych przodków, którzy biegając w ten sposób kilometrami, polowali na zwierzynę.

 

Zakupiłam książkę autorstwa pana Gallowaya i po kilkunastu stronach lektury postanowiłam to i owo wypróbować. Przebiegłam te swoje 3  km robiąc od początku krótkie przerwy na marsz. Galloway obiecuje, że metoda ta pozwoli uzyskać lepszy czas. Przypuszczam, że i owszem, ale na dłuższym dystansie. Ja na moich trzech kilometrach uzyskałam czas 24 minuty, bez marszu miałam 22 minuty (proszę się nie śmiać z mojego czasu, a jeśli już ktoś musi, to dyskretnie). Ale tu nie chodzi o czas. Po raz pierwszy po biegu czułam niedosyt, widziałam, że mogę biec dalej, dużo dalej, nie byłam aż tak zmęczona jak zawsze. I chyba o to chodzi w tej całej metodzie, może dzięki niej będę mogła po prostu biec beztrosko przed siebie nie myśląc obsesyjnie kiedy dobiegnę.

 

Jeff Gallowy

Jeff Galloway

 

Galloway podoba mi się też z innego powodu. Ma bardzo zdroworozsądkowe podejście do biegania:

"Pamiętaj, prawdziwa korzyść płynąca z biegania to spokój ducha oraz fizyczna i psychologiczna siła, jaką czerpiesz z codziennych treningów, a nie 20 sekundowa poprawa czasu na danym dystansie."

Wiem, że człowiek ma w sobie atawistyczną potrzebę konkurowania, wiem, że wiele osób takie bieganie uzna za niebieganie, ale nic to, postanowiłam spróbować :)

sobota, 16 czerwca 2012

Po dwóch miesiącach czas na małe podsumowanie:

 

- zaczęłam biegać: początek kwietnia

- liczba treningów: 15

- łączna ilość wybieganych kilometrów: 41

- łączny czas spędzony w biegu: 5 godzin 29 minut

- trasy: najczęściej są to trzy pętle w okolicach domu - 3 km, 1.5 km i czasami prawie 4 km

- satysfakcja: mierna

- motywacja: duża

 

Prawie przebiegłam maraton ;) Sama sobie nie mogę się nadziwić. Spędziłam w biegu prawie pół dnia, to nie mieści mi się w głowie!

A jednak, nie jestem zadowolona, nie biega mi się tak dobrze jak bym chciała. Nie czuję żadnej wolności, wyzwolenia i łączności z naturą, ani śladu euforii, endorfin czy innych rzeczy opisywanych przez biegaczy-wyjadaczy. Biegam ciężko, ledwo rozwijam prędkość przeciętnego marszu (równie dobrze mogłabym iść), straaasznie się męczę i za każdym zakrętem dopada mnie zniechęcenie. 3 km to praktycznie szczyt moich możliwości, a chciałabym więcej, chciałabym biegać długie dystansy.

Ale nie, nie poddam się. Mam już pewien pomysł :)

 

 

czwartek, 14 czerwca 2012

Cholernie trudno. Okazało się, że zupełnie nie znam siebie ani swoich możliwości. Pewnego kwietniowego popołudnia, czyli jakieś dwa miesiące temu, radośnie i optymistycznie wybiegłam na ulicę, przetruchtałam jakieś 100 metrów i stwierdziłam, że prawdopodobnie jestem ciężko chora..... na astmę. Łapałam oddech ja ryba wyjęta z wody a serce waliło mi jak młot kowalski.

Jeśli myślicie, że to mnie zniechęciło to grubo się mylicie. Tak się wciekłam na siebie, na swoją niemoc, że natychmiast zabrałam się do roboty. Oczywiście najpierw teoretycznie. Zakupiłam trzy książki o bieganiu, dwa czasopisma, przewertowałam strony i blogi internetowe. Kupiłam specjalne buty do biegania, nowy dres i hit - zegarek z pulsometrem i szybkościomierzem. Jak szaleć to na całego, a co! Tak uzbrojona wyszłam ponownie pobiegać. Nie było łatwo, ale było lepiej. Zadyszkę dostałam już nieco później. Po kilku biegach sytuacja jednak się poprawiła. Okazało się, ze mogę już przetruchtać 1,5 kilometra a nieco później przemęczyć trzy kilometry.

No i na tym utknęłam. Dystans dłuższy niż te 3 kilometry jest dla mnie nieosiągalny, tempo szybsze niż spokojny marsz mego męża idącego obok również poza zasięgiem. Były chwile gdy zastanawiałam się czy nadal próbować, czy wciąż się tak męczyć. Bo ja się męczę, na razie wszystkie teksty o tym jakie to bieganie jest przyjemne są dla mnie jak science fiction.

W pewnym momencie mąż mi powiedział, że żeby lepiej biegać trzeba biegać i że lepiej biegać powoli niż nie biegać w ogóle. I tego się będę trzymać. On wie co mówi. Też kiedyś zaczynał. Rok temu kupiliśmy psa, golden retrievera z niespożytą energią. Zamiast z nim spacerować - biegał z nim. W tym roku po raz pierwszy pobiegł w zawodach na 10km i miał czas poniżej 50 minut. Mąż oczywiście, a nie pies.

Tak więc - nie poddam się tak łatwo, o nie!

środa, 13 czerwca 2012

Image Hosted by ImageShack.us

Z wycieczki na Turbacz

Cześć, mam na imię Beata i jestem chciałabym być biegaczką. Mam 41 lat i nigdy w życiu nie biegałam, nigdy na poważnie nie uprawiałam żadnego sportu, a ponadto:

- Mam słomiany zapał, często coś zaczynam z entuzjazmem, ale brak mi sił by to kontynuować.

- Jestem typowym kanapowcem i uwielbiam czas wolny spędzać biernie.

- Jestem nieznośną teoretyczką, jeśli się czymś zainteresuję to przede wszystkim uwielbiam o tym czytać, później ewentualnie mogę to robić.

- Jestem niecierpliwa, wszystko chciałabym mieć tu i teraz.

- Jestem zabiegana i wszędzie poruszam się autem.

- Wolny czas zazwyczaj spędzam przed komputerem.

Mogłabym jeszcze długo wymieniać, ale nie chcę się kompletnie kompromitować. Jestem jaka jestem i mimo to, a może właśnie dlatego postanowiłam zacząć biegać i pobiec w maratonie... kiedyś. Na początek może to być półmaraton, albo lepiej, niech będzie to 10 kilometrowy bieg organizowany dorocznie w mojej miejscowości. Następny jest prawie za rok, w maju. Zwariowałam? A może jest to jednak realne?

1 , 2 , 3 , 4 , 5
 
Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------