....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
czwartek, 19 lipca 2012

Dziś do mnie  dotarło na czym właściwie polega fenomen metody Gallowaya. Na pewno  marsz pozwala złapać oddech gdy się ma jeszcze słabą wydajność płuc. Wysokie tętno ma szansę nieco zwolnić. Mięśnie się tak nie przemęczą, zostaną dłużej sprawne, pozwolą nam pokonać dłuższy dystans. Ale przede wszystkim to zapewnienie dla naszego przerażonego mózgu: Spoko, jeszcze tylko 500 metrów i sobie odpoczniesz.

Zauważyłam, że gdy stosuję metodę marszobiegów to biegnę o wiele spokojniej, nie stresuję się (bo ja się potrafię stresować prawie wszystkim, nawet bieganiem, ten typ już tak ma). Nie myślę obsesyjnie o tym kiedy wreszcie dobiegnę do celu i odpocznę, bo cel pojawia się dokładnie co pół kilometra a dźwięk alarmu w zegarku obwieszcza koniec biegu. Oczywiście tylko na chwilkę. Po kilkudziesięciu krokach szybkiego marszu znów trzeba biec, ale to już nie jest takie straszne, bo przecież znów pobiegnę tylko chwilę.

I tak mogę oszukiwać swój niedoskonały umysł aby pozwalał biec mojemu niedoskonałemu jeszcze ciału dłużej i dłużej, tak długo jak bym chciała. Za kilka tygodni wydłużę czas biegu, marsze będą pojawiały się rzadziej. Nie wiem jednak czy zrezygnuję z nich zupełnie, nawet gdybym fizycznie dała radę to zrobić. Jestem z natury bardzo niecierpliwa i nawet gdy moje ciało stanie się bardziej wytrzymałe i zdolne biec dłużej nie wiem czy moja psychika tyle wytrzyma. Dzielenie biegu na osiągalne etapy wydaje się tu być najlepszym rozwiązaniem.

Marsz raczej nie ujmie nic z jakości mojego biegu. Nie spowolni go (bo już wolniej się nie da), dzięki niemu wypocznę i na odcinkach biegowych będę się poruszała szybciej do ostatnich kilometrów całego dystansu. Przede wszystkim jednak bieg pozostanie przyjemnością a nie czymś uciążliwym co się chce wreszcie zakończyć. Mam też taką cichą nadzieję, że za kilka tygodni, miesięcy (no, może nie lat) marsz już mi nie będzie potrzebny, bo bieg sam w sobie stanie się przyjemnością.

Dla zainteresowanych aplikacja generująca trening metodą Galloway'a. Przez aplikację tą można też zapraszać do wspólnego biegania znajomych z facebooka.

 

 

 

Aplikacja dla biegaczy

niedziela, 15 lipca 2012

Właśnie drugi raz w życiu przebiegłam 4 kilometry i tym sposobem zakończyłam 4 tydzień mojego  programu treningowego. Gdybym powiedziała że było dziś łatwo to bym trochę skłamała.

Jest niedziela, więc pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zmienić trochę trasę więc pojechałam na wały, nad rzekę. Szybko jednak przekonałam się jak ciężko się biega po wąskiej ścieżynie gdy z obu stron trawa prawie po pas. Po raz pierwszy w życiu też spotkałam na trasie psa, który szczerzył na mnie kły. Nie był wprawdzie duży, ale i tak nie chciałabym mieć jego zębów w mojej łydce. Czytałam kiedyś co należy robić w takiej sytuacji, ale  z nerwów chyba nie mogłam sobie przypomnieć, więc mówiłam do niego "psik" i się w końcu odczepił.

Mam kilka przemyśleń po dzisiejszym biegu. Po pierwsze chyba za mało jem węglowodanów, bo ostatnio podczas biegów czuję "miękkie nogi" a to podobno objaw braku energii. Po drugie skarpetki biegowe z Lidla są cieplejsze od tych Kalenji i raczej zostawię je sobie na jesień i zimę. Po trzecie muszę się zmobilizować do biegania o wcześniejszej trochę porze niż wieczór, może będę miała więcej siły wtedy.

Za tydzień, w długim niedzielnym wybieganiu mam zaplanowane aż 5 kilometrów. Już się boję.

sobota, 14 lipca 2012

Gdy się uprawia sport jakość sprzętu to jest to co się bardzo liczy, a gdy sportowcem jest kobieta jeszcze się liczy wygląd tego sprzętu. Szkoda niestety, że cena też musi być brana pod uwagę. Dla biegacza sprzętem przede wszystkim są buty, ciuchy i sprzęt pomiarowy.

Jak tylko postanowiłam, że będę biegać przez głowę od razu przebiegła mi przyjemna myśl: Szykują się zakupy! A ja uwielbiam zakupy. Niestety nie mogłam iść na całość czyli wydać tyle ile mogłabym i nakupić tyle na ile miałabym ochotę, bo mój sceptyczny mąż od razu oznajmił, że i tak nie będę biegać dłużej niż kilka dni więc po co mi specjalne buty (skoro on już rok biega w zwykłych, ale przynajmniej biega i jest ok), po co mi nowy dres jak mam stary (Skoro on biega w dresie który pamięta jeszcze czasy studenckie i wygląda jak stare kalesony. Obiecałam sobie, ze kiedyś mu te gacie ukradkiem wyrzucę albo spalę w kominku), i w końcu po co mi pulsometr i inny sprzęt skoro na pewno za chwilę wyląduje w szufladzie lub za szafą i będzie się tam kurzyć (on przecież genialnie biega wsłuchując się w rytm swojego serca i żadnego sztucznego, elektronicznego wspomagania mu nie trzeba).

No ale przecież ja jestem tylko zwykłą kobietą i w dodatku gadżeciarą, hobby ma być przyjemne, a takie zakupy są przyjemne więc - zakupy muszą być!

Zaczęłam od butów, bo to ponoć najważniejsze. Poza tym pomyślałam sobie, ze jak już będę miała buty to resztę ciuchów dobiorę kolorystycznie pod nie. Robić to odwrotnie byłoby nader nierozsądnie. Jako, ze wcześniej wiele przeczytałam o doborze butów do biegania obiecałam sobie, ze absolutnie nie będę patrzyła na ich wygląd ani cenę tylko na wygodę. Przymierzyłam prawie wszystkie buty w Decathlonie i wybrałam najładniejsze - różowo czarne. Wieczorem w domu, zadowolona z siebie  je ubrałam aby trochę się nimi nacieszyć, pobiegałam naokoło kuchni. Były śliczne, ale coś mi w nich nie pasowało, takie toporne mi się wydawały. Chodziłam w nich po domu chyba jeszcze z godzinkę i to wewnętrzne przekonanie, że coś jest nie tak nie dawało mi spokoju. Poszperałam trochę po internecie i gdy znalazłam ich opis i okazało się, że to buty do biegania w terenie wszystko stało się jasne. Nie chciałam takich butów! Na drugi dzień w Decathlonie odbyła się powtórka z rozrywki. Tym razem przymierzałam buty prawie z zamkniętymi oczami patrząc tylko na wygodę i ich biegowe przeznaczenie. Udało mi się w końcu wybrać takie z których teraz jestem bardzo zadowolona. Są bardzo lekkie (w cięższych, terenowych butach niestety źle się czuję), tanie (59,90 zł), no i niestety białe. Jestem z nich jak do tej pory bardzo zadowolona.

Ekiden 50, Kalenji

 

 

Ze spodniami już było łatwiej, z góry wiedziałam czego chciałam - czegoś uniwersalnego, czegoś pomiędzy długimi spodniami a spodenkami. Spodobały mi się luźne rybaczki Kalenji Confort zrobione z cieniutkiego przewiewnego materiału.

 

 

Bez skarpet oczywiście nie da rady. Skoro już tyle rzeczy nakupowałam firmy Kalenji to i też skarpety. Poza tym w Decathlonie nie ma wielkiego wyboru.

 

 

 

 

Run Feel, Kalenji

 

A do tego top pod kolor, niebieski. Zakupiony dzisiaj razem ze spodenkami w Sklepie biegacza na Focha w Krakowie. Przyznam, że sam sklep mnie trochę oszołomił. Oglądając stronę internetową wiedziałam, że jest w nim wiele wszystkiego, ale takiej różnorodności fasonów i ferii kolorystycznej się nie spodziewałam. Aż mi się oczy zaczęły świecić jak tam weszłam. I nawet mój wybredny małżonek zakupił sobie koszulkę. Wierny dotychczas bawełnie, trochę nieprzekonany co do tych technicznych nowości, kupił do przetestowania.

 

 Graphic SS Top, Asics

 

 

 Strech Woven Shorts, Asics


Do tej pory byłam  na etapie poszukiwania fajnych szortów (mam już jedne, takie bardzo obcisłe, ale to było zakupowe pudło, jak do tej pory się w nich nie odważyłam wyjść to już pewnie tego nie zrobię). Wreszcie znalazłam fajne, wygodne, przewiewne i kolorystycznie pasujące do reszty.

Nieodzownym elementem mojego stroju, a zarazem biegowym wspomagaczem jest CW 500 SD PC, Kalenji. Nie wyobrażam sobie biegania bez niego. Mogę monitorować moje (wciąż malejące) tętno i sprawdzać czy biegnę z wcześniej wyznaczonym sobie planem. A potem z namaszczeniem przeglądam rozmaite tabelki i wykresy w komputerze a dodatkowe kilometry radują me serce :) Po wcześniejszym, dość pracochłonnym skalowaniu muszę przyznać, że teraz odległość mierzy bardzo dokładnie.

 

CW 500 SD PC, Kalenji

 

 

A Wy w czym i z czym zazwyczaj biegacie?

poniedziałek, 09 lipca 2012

Jak przystało na prawdziwą gadżeciarę założyłam sobie konto na Dailymile. I mojemu ślubnemu też założyłam, mimo, że bronił się rękami i nogami twierdząc, że biega dla przyjemności i zdrowia i liczby go nie interesują. Ja jednak zdecydowałam, że tak będzie zabawniej ;) Na moje konto wklepałam dwa ostatnie biegi, więcej sobie darowałam, bo do tej pory to były raczej mało liczące się dystansy. Od dziś kilometraż będzie się zwiększał, szczególnie w niedzielne biegi. Zapisałam się od razu na kilka Challenges. Każda dodatkowa motywacja mile widziana. Jedno  z moich nowych wyzwań to przebiec dookoła świata po równiku, czyli  24901 mil . Nie wiem kiedy tyle wybiegam, ale na pewno kiedyś mi się uda ;) Już nie mogę się doczekać kolejnego biegu.

 

 

czwartek, 05 lipca 2012

Właśnie wróciliśmy z krótkiej, półgodzinnej przejażdżki rowerami. Tempo było umiarkowane i czas niezbyt długi, bo z psem na smyczy, a nie chcemy by nas posądzono o znęcanie się nad zwierzętami. Zresztą cały czas pytałam męża czy Frodo aby nie musi odpocząć. Nie musiał jak się okazywało, a ja i owszem. Oznajmiłam mężowi, że jakoś dawniej tak się nie męczyłam na rowerze. On na to, że jak człowiek nie jeździ to się nie męczy. Święta racja. Nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałam na rowerze. Teraz widzę, że jak zwłoki do życia, ja powracam do sportowej aktywności. Z takim samym trudem, ale za to ku uciesze całej rodziny. Syn który dopiero co dostał kartę rowerową całą drogę prawił mi morały jak to nieprzepisowo jadę...

Po odcinku szosą wjechaliśmy na wyboistą łączkę. Modliłam się w duchu, żeby nie wywinąć orła przy własnym dziecku i zupełnie nie podkopać sobie reputacji. Jak to jest, że we wszystkim dzieci stają się lepsze ode mnie? Jeszcze niedawno uczyliśmy je z mężem jeździć na nartach a teraz o dogonieniu ich na stoku nie ma mowy, a trudność trasy wybiera się już nie pod dzieci ale pode mnie. Tak samo już zaczyna być  z rowerami.

A po dzisiejszej wycieczce to najbardziej bolą mnie ręce. Na wąskich ścieżkach zarośniętej trawą łąki ściskałam kierownicę tak mocno jak wtedy gdy po raz pierwszy wyjechałam autem zaraz po tym jak dostałam prawo jazdy, aż nabawiłam się odcisków na dłoniach. Ja chyba mam jakąś rowerową klaustrofobię, jak ścieżka jest zbyt wąska kierownica zaczyna mi odmawiać posłuszeństwa.

Mimo wszystko stwierdzam, że rower jest fajny, a takie rodzinne wycieczki bardzo nas jednoczą. Cieszę się, że w przeciwieństwie do biegania trening uzupełniający mogę robić z całą rodziną.

 

poniedziałek, 02 lipca 2012

Tak, tak, ci z drugiej strony biurka też wyczekują ich z utęsknieniem :).

Nie ukrywam, że mam na czas wakacji bardzo ambitne plany i pokładam w nich wielką nadzieję. Obiecałam sobie, że na poważnie zajmę się zdrowym gotowaniem, koniec z podjadaniem byle czego w pośpiechu. Będę robić koktajle mleczno-owocowe podpatrzone na innym blogu, jeść muesli i sałatki owocowe. Będę z zegarkiem w ręku (a raczej przy poduszce) spała nie mniej niż 8 godzin dziennie. Wysprzątam całe mieszkanie, łącznie z odgraceniem składziku rupieci tzw przydasiów piętrzących się w pomieszczeniu gospodarczym. Bardziej aktywnie zaangażuje się w tępienie moli, które poczuły się tak dobrze, że założyły sobie małą kolonię w mojej szafce z zapomnianymi razowymi mąkami. Jeśli mąki uda się jeszcze odzyskać zacznę piec chleby i pyszne (mam nadzieję) ciasta. Już mam jedno na oku. Jutro skorzystam z przepisu na placek z jagodami z blogu Makaron i rodzynka . Jagody własnej produkcji, ogródkowe. Opalę moje białe jak owa mąka nogi, coby biegać w nowych krótkich spodenkach bez kompleksów...

No i w końcu, mam nadzieję, że na poważnie zaangażuje się w trening uzupełniający, bo na to jak do tej pory zawsze czasu brakowało.

Na pewno będzie rower. Dawno nie jeździłam, ale kilka dni temu znów odkryłam uroki pedałowania. Na początek będą to krótkie kilkukilometrowe przejażdżki koło domu ale nie wykluczone, że kiedyś zwieńczymy je całodniową wycieczką. Mówię w liczbie mnogiej bo rower, w przeciwieństwie do biegania, to sport, który lubię uprawiać w towarzystwie. Jakoś nie przepadam za samotnymi jazdami. Dzisiaj poszliśmy na rowery całą rodziną (łącznie z psem) o zmroku. Ja w moim rowerze jeszcze mam dynamo, które niestety dość wyczuwalnie hamuje. Już zaczęłam się pocieszać, że mam trening z większym obciążeniem gdy usłyszałam zza pleców głos syna: "Mamuś, pedałuj bo ci gaśnie!". Za to mąż miał dodatkowy napęd w postaci czterech łap.

Myślałam też o basenie, ale jak na razie basen w mojej miejscowości jest nadal w stanie remontu i nie wiadomo kiedy go znów otworzą. Szkoda.

Być może będzie joga. Strasznie mi się ten pomysł podoba, bo chcę również poćwiczyć umysł, nie tylko ciało. Mój umysł kategorycznie domaga się relaksu, wyciszenia a może nawet medytacji.

No i w końcu będzie ab swing, który obecnie wypoczywa głęboko za szafą gdzie go  umieścił mój praktyczny mąż. Swego czasu bardzo się napaliłam na ćwiczenie brzuszków ze względów estetycznych, marzył mi się płaski pięknie umięśniony brzuch. Kupiłam więc ab swing, bo sądziłam, że takie ustrojstwo bardziej mnie zmobilizuje. Jako, że jednak efektów nie było widać natychmiast zaczęłam ów przyrząd drastycznie zaniedbywać. Przez dłuższy czas stał nieużywany aż zaczęłam wieszać na nim ubrania. Wtedy to właśnie wylądował za szafą. Dziś nadszedł czas reaktywacji.

 

niedziela, 01 lipca 2012

Bywały już trasy 3 kilometrowe, które w całości potrafiłam pokonać nie uciekając się do marszu, ale przyznam, że byłam po nich porządnie zmęczona. Moje biegi z tygodnia na tydzień się wydłużają a ja muszę im sprostać. Galloway zakłada, że marsz powinien nastąpić w takim momencie kiedy organizm jeszcze nie czuje zmęczenia. Sprawdziłam, na moim etapie jest to pół kilometra. Tak więc nastawiłam moje ustrojstwo marki Kalenji żeby pipczało co pół kilometra i przypominało mi o marszu. Metoda ta ma plusy i minusy. Pół kilometra to niewiele, mam więc dużą motywację żeby biec, bo przecież za chwilę będzie upragniony odpoczynek, kilkadziesiąt metrów marszu. Minusem jest to, że już nie będę mogła biec kiedy ludzie mnie mijają, a maszerować kiedy nikt nie widzi. Niestety.

Co poza tym? Od wczoraj moje prawe kolano wygląda tragicznie. Całe spuchnięte, chyba podwoiło swoją objętość. Czerwone i gorące jak ogień. No i boli. Aż się prosi, żeby iść z tym do jakiegoś dobrego lekarza, najlepiej sportowego. Tyle że po prostu... ugryzł mnie w nie komar. Mam nadzieję że to nie malaria ani jakaś insza zaraza.

Podczas dzisiejszego biegu jednak zostałam dwa razy naprawdę kontuzjowana. Insekty chyba zrobiły przeciwko mnie jakąś zbiorową zmowę. Mianowicie pochłonęłam dwie muchy. Jedna mi wpadła do ust, na szczęście smakowała jakąś zieleniną ale o mało co się nie udławiłam przełykając ją. Druga zaś wpadła mi nosem i musiałam wypróbować wydmuchiwanie nosa palcami. Sposób ten znałam do tej pory tylko z opisów i nie sądziłam że przyjdzie taki dzień, że sama będę musiała go zastosować. Fuj!!!

Ale, mimo tych przeciwieństw losu i masakrycznie gorącego dnia (u nas 35 stopni w cieniu) 2,5 kilometrowy bieg wykonałam po dziewiątej wieczorem, kiedy to już się dało w miarę normalnie oddychać i tym samym uznaję drugi tydzień treningu na 5 km metodą Gallowaya klepnięty :)

 

sobota, 30 czerwca 2012

Zaczęłam biegać w kwietniu, maj okazał się bardzo pechowy, bo prawie cały miesiąc spędziłam z dzieckiem w szpitalu, czerwiec właśnie stał się najbardziej owocny biegowo.

Do tej pory:

przebiegłam:  48 km ( w tym 25 w czerwcu)

w biegu spędziłam: 6 godzin i 22 minuty (w tym 3 godziny i 16 minut w czerwcu)

ilość treningów w czerwcu: 10

Czerwiec to dobry miesiąc, nie tylko ze względu na ilość wybiegań. Właśnie w czerwcu dowiedziałam się o metodzie Gallowaya i zaczęłam ją stosować. Dzięki niej nie straciłam zupełnie wiary w siebie i co więcej zaczynam od poniedziałku już 3 tydzień programu treningowego do biegu na 5 km ( plan 8 tygodniowy ). Trening przebiega bezproblemowo i nareszcie odczuwam pewną radość i satysfakcję z biegania. No i w końcu w czerwcu zaczęłam pisać tego bloga, co mam nadzieję, pomoże mi utrzymać systematyczność treningów, da pewną kontrolę nad tym co robię, i co najważniejsze - zbliży do innych biegaczy :)

czwartek, 28 czerwca 2012

 

 

Gdy czytałam o niej w czasopismach dla biegaczy jawiła mi się jak tajemniczy potwór z Loch Ness, który w niewyjaśnionych okolicznościach i z niewiadomych przyczyn dopada biegacza. Myślałam, że to kara za obżeranie się przed biegiem lub brak rozgrzewki. wierzyłam, ze jak będę grzeczna to mnie nigdy nie dopadnie. Myliłam się.

Dziś, nagle, już na pierwszym kilometrze poczułam nieprzyjemne kłucie w prawym boku. Gdy zwalniałam do marszu ból odpuszczał, gdy przyspieszałam powracał. Delikatny ucisk bolącego miejsca końcami palców lekko znieczulał ból, jednak nie do końca. Skąd to dziadostwo się bierze?

Kuba Wiśniewski na stronie Nike Running Poland pisze:

"Do końca nie znamy mechanizmu powstawania kolki – przyczyną mogą być słabe mięśnie utrzymujące przeponę, jej wstrząsy podczas biegu i wypełnione organy trawienne."

To by się poniekąd zgadzało. Mięśni na brzuchu u mnie nie uświadczysz, a jeśli już to na pewno do mocnych nie należą. Jeśli chodzi o wstrząsy, to też by się zgadzało. Zauważyłam, że kolka najczęściej atakuje gdy zbiega się z górki, wstrząsy są wtedy wyczuwalnie większe niż na płaskim. Ale z tymi wypełnionymi organami trawiennymi to do końca nie jestem pewna. Obiad jadłam kilka godzin przed biegiem, godzinę przed tylko kubek kaszki na mleku. Nie czułam się jakoś bardzo pełna... Tak czy owak, następnym razem nic nie będę jadła tuż przed biegiem i zobaczę co na to kolka. Kuba Wiśniewski pisze, że nie je nawet do 5 godzin przed zawodami. To jednak u mnie nie przeszłoby, chyba padłabym z głodu na trasie.

Z kolei na jakimś forum wyczytałam, że kolka nie pojawia się u biegaczy z dłuższym stażem biegowym. Ciekawe czy to prawda. Być może bardziej zaawansowani biegacze mają po prostu lepiej wyćwiczone mięśnie brzucha i na tyle doświadczenia, że nie jedzą przed biegiem.

Na stronie treningbiegacza.pl  Mateusz Jasiński pisze:

 "Kolka często występuje u początkujących biegaczy i jest spowodowana za szybkim tempem lub zbyt ciężka trasą (tzw. przełaj/cross gdzie ukształtowanie terenu w sposób naturalny wymusza na biegaczu częstą zmianę tempa biegu."

To też by się zgadzało. Po pierwsze jestem początkująca, po drugie stosuję metodę Gallowaya, a nawet jeśli nie maszeruję to i tak trudno jest mi utrzymać równe tempo czy miarowy oddech.

A co zrobić jak się kolka już pojawi? Ilu biegaczy tyle pomysłów. Może jednak niektóre z nich okażą się przełomowe?

Kilka podsłuchanych sposobów:

- Odpowiednie oddychanie. Należy robić wydech gdy stawia się na ziemi stopę przeciwstawną do miejsca pojawienia się kolki. Czyli jeśli boli po prawej stronie, to robić wydech na lewą nogę.

- Rozmasować bolące miejsce i głęboko oddychać.

- Ponoć kolka to ból skurczowy – należy więc wykonać w trakcie biegu krążenia ręką co powinno rozciągnąć skurczoną przeponę i ograniczyć ból.

-Bardzo szybki, głęboki wdech, zatrzymanie powietrza na kilka sekund i bardzo mocny wydech.

- Zmiana rytmu oddechu.

- Skłony

Teraz pozostaje mi tylko wszystkie te rady stosować licząc na to, że w końcu coś zadziała. No i biegać, biegać, biegać, aby w końcu zostawić w tyle etykietkę biegacza początkującego.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Trening rozpoczęty. Na razie wszystko przebiega zgodnie z planem. Coś jednak mnie trapi. Biegać zaczęłam w kwietniu, to ponad dwa miesiące temu. Być może mam wygórowane oczekiwania, ale spodziewałam się, że będę miała w chwili obecnej lepszą kondycję. Niepokoi mnie fakt, ze nadal się bardzo męczę i to czasami zaraz po rozpoczęciu biegu. Niby wiem, ze jak się zaczyna biegać w tym wieku to nie będzie już tak łatwo, nawet w książkach o bieganiu są specjalne rozdziały typu "bieganie po czterdziestce". Zdaję sobie też sprawę, że lata nicnierobienia teraz boleśnie dają znać o sobie, Tak wiem to wszystko, ale... Postanowiłam trochę poszperać po internecie i poszukać w mądrych książkach jak sobie mogę jeszcze pomóc. Znalazłam kilka, mam nadzieję przydatnych informacji.

Sen

Czasami nocny odpoczynek traktujemy jako konieczność na którą szkoda czasu. Tymczasem sen ma ogromny wpływ na naszą kondycję i samopoczucie. Optymalna ilość snu potrzebna dorosłemu człowiekowi do normalnego funkcjonowania to 7-8 godzin. Niedobory snu są szkodliwe dla organizmu. Nie chodzi tu tylko o zarywanie pojedynczych nocy. Ciągłe niedosypianie przez długi okres czasu może być jeszcze bardziej destrukcyjne. Jeśli jesteśmy niewyspani to nie tylko jesteśmy zmęczeni, ale również:

- mamy zaburzenia nastroju,

- pojawiają się problemy ze skupieniem uwagi,

- następuje spadek motywacji do działania,

- pojawiają się upośledzenie aktywności układu immunologicznego, czyli stajemy się bardziej podatni na zachorowania.

Większość sportowców śpi więcej niż 8 godzin dziennie a w okresach wzmożonych treningów nawet po kilkanaście godzin na dobę. Ja zazwyczaj sypiam około 6 godzin. Często na drugi dzień czuję się zmęczona i po przyjściu z pracy najchętniej ucięłabym sobie drzemkę. Nic dziwnego, że albo nie chce mi się biegać, albo biega mi się ciężko.

Nie tylko czas snu się liczy ale także jego jakość. Ważne jest aby położyć się spać przed północą. Gdy idziemy spać zbyt późno, nawet kilkanaście godzin snu nie zregeneruje nas wystarczająco dobrze. Powinniśmy zadbać o to aby nasza sypialnia i wszystko co związane ze spaniem było miłe i komfortowe. Ład i harmonia panująca wokół wprowadzi nas w dobry nastrój i pozwoli na odprężający sen. Myślę, że dobrze jest też odpędzić natrętne wspomnienia stresującego dnia i zresetować umysł. Może w tym pomóc joga i medytacja. Nie zapomnijmy przed snem wywietrzyć pokój :)

 

Dieta

 Nie będę się tu rozwodzić nad szczegółami, wszyscy wiemy, że dieta powinna być zdrowa. Ale czy wszyscy ćwiczący jedzą wystarczająco dużo? Mnie się często zdarza nie dojadać. Przed południem praca, po południu robię za szofera moich dzieci, które trzeba zawieźć tu i tam. Czasami na porządny obiad nie ma czasu, czasami kanapka, albo co gorsze jakiś fast food musi wystarczyć, bywa i tak, że od śniadania do wieczora nie jem nic. Do tej pory nie było to problemem, teraz jednak gdy zaczęłam biegać, okazało się, że po dwóch dniach takiego niedojadania nie mam już tyle siły i werwy. Po prostu paliwo się skończyło!

 

 

Woda

Niby czytałam, że woda to podstawa, niby wiem, że człowiek powinien wypijać około 2 litrów płynów dziennie.... A mimo to rano herbatka, potem ewentualnie zupa, wieczorem znów herbatka i tyle. Jak zaczęłam biegać, poczułam nagle większe pragnienie. Tym razem rady fachowców wzięłam poważnie i nie rozstaję się z butelką wody mineralnej. Popijam co pół godziny kilka łyków przez cały dzień i naprawdę widzę różnicę w formie i samopoczuciu. W dniu w którym miałam czas na takie popijanie biegało mi się znacznie lepiej.

 

Poza tym nie palę, czasami piję: jedną lub dwie (czasami trzy) lampki wina wieczorem. I niestety zauważyłam, że to też źle wpływa na moją sprawność fizyczną. Nawet niewielka ilość wina powoduje, że od razu mi się chce pić, czyli w grę wchodzi odwodnienie, często boli mnie głowa, a niekiedy czuję się po prostu dziwnie klapnięta na drugi dzień. Wychodzi na to, że z winka trzeba zrezygnować, przynajmniej przed niedzielnymi długimi biegami.

 

 

Odpoczynek

Brak widocznych efektów moich treningów na samym początku spowodował, że w pewnym momencie zaczęłam biegać codziennie. Miałam nadzieję, że tym sposobem szybciej poprawię swoją kondycję. Tak się jednak nie stało, wręcz przeciwnie. Przyszedł nagle taki dzień, że zmęczenie i zniechęcenie sprawiły, że w ogóle nie poszłam biegać. Po kilku dniach laby dopiero byłam gotowa aby znowu biegać. Miałam z tego powodu straszne wyrzuty sumienia. Na szczęście jednak szybko wpadła mi w ręce książka Jeffa Gallowaya (niedługo Jeff chyba będzie mi musiał zapłacić za reklamę;) gdzie wyczytałam jak ważny jest odpoczynek. Pisze on, że po każdym intensywnym treningu mięśnie potrzebują minimum 48 godzin aby się zregenerować i aby wszystkie mikro urazy zostały zaleczone. Po odpowiednim czasie odpoczynku mięśnie się regenerują i stają silniejsze i bardziej wytrzymałe niż były do tej pory.

 

TAK WIĘC POSTANOWIŁAM:

- chodzić spać przed północą i spać minimum 8 godzin.

- cały dzień popijać wodę małymi łyczkami.

- jeść około 4-5 posiłków dziennie tak aby organizm miał paliwo do działania.

- biegać nie częściej niż co drugi dzień. W dni bez biegania stosować trening uzupełniający: rower, szybki marsz (z psem), pływanie...

- alkohol - nigdy przed długimi biegami.

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------