....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
sobota, 22 września 2012

... czyli udana impreza na luzie


Dzisiaj rano, o godzinie 11.00 odbył się I Charytatywny Bieg Tesco Dzieciom zorganizowany przez fundację Tesco Dzieciom. Mimo że już od kilku dni walczę z wirusem i głównie siedzę zasmarkana w domu zamiast biegać, tej imprezy nie mogłam opuścić.

Po pierwsze dlatego że odbywała się ona na krakowskich Błoniach, czyli "u mnie", a w zasadzie rzut beretem ode mnie. Po drugie dystans biegu to 3.5 km czyli coś w sam raz dla początkującej biegaczki, czyli "mój" dystans. Po trzecie, ostatnie i najważniejsze był to bieg z którego całkowity dochód został przeznaczony na doposażenie świetlicy dla dzieci w Klinice Onkologii i Hematologii Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Jest to szpital z którego pomocy moje dzieci niejednokrotnie już korzystały.

Jako że całej imprezie przyświecał wyższy cel, trasę można było przebiec, przetruchtać lub nawet przemaszerować :) Malutkie dzieci jechały na rowerkach a z numerem startowym przypiętym na plecach biegł tez pies ;) Pogoda była w sam raz, było chłodno,  tuż przed biegiem na szczęście przestało kropić. Za to atmosfera była gorąca i tym razem po raz pierwszy przed biegiem poczułam przypływ adrenaliny. Być może dlatego, że wiedziałam, że go ukończę i nie paraliżował mnie strach, tak jak to miało miejsce w  Rzeszowie.  Przed biegiem była wspólna rozgrzewka a po biegu, po dekoracji rozlosowanie około 60 dodatkowych nagród (szkoda tylko, że losowanie odbywało się komputerowo, a nie na oczach publiczności). Niestety szczęście mi nie sprzyjało, jak zwykle ;) Za to jedną z nagród wylosował wcześniej wspomniany pies. Były to rolki, szkoda tylko, że jedna para :)

Fundacji udało się zebrać ponad 40 000 zł dla szpitala. Ponoć ta suma przerosła oczekiwania organizatorów :) A ja mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze więcej. Chciałaby też, aby takich imprez było więcej :)

No i mam już trzeci medal do kolekcji. Mówiłam, że zbieram medale? Nie? No to zbieram, od dziś :)

A jak biegłam? Normalnym moim tempem treningowy, czyli powoli. Ale przynajmniej wiedziałam, że dobiegnę do mety spokojnie. Nie maszerowałam, nie musiałam! Nie miałam też żadnej presji psychicznej, bo za mną jeszcze biegły tłumy ludzi.

Cieszę się, że moja pasja, przynosi przyjemność i pożytek nie tylko mnie samej, ale tez innym bardziej potrzebującym :) Aż chce się biegać! Po tym biegu czułam się jakoś dziwnie radosna i naładowana energią, zdałam sobie sprawę, że w bieganiu jak to w bieganiu, czasem z górki czasem pod górkę, ale zawsze do przodu :) Może to właśnie tak działają endorfiny?

A teraz formalności:

dystans: 3.5 km

mój czas: 22.07 (190 miejsce)

czas mojego męża: 15.07 (35 miejsce!)

 

piątek, 21 września 2012

Na moim blogu jak w pamiętniku piszę co mi ślina na język przynosi: o treningach, o problemach, o samopoczuciu (czasem lepszym czasem gorszym), o biegowych ciuchach, o tym co mnie inspiruje i co mnie trapi. Ogólnie o bieganiu w różnych kontekstach. Po co? Żeby usystematyzować swoje przemyślenia, żeby za x lat przeczytać jaka kiedyś byłam, uśmiechnąć się lub uśmiać i się dowartościować, po to by na co dzień dodawać sobie animuszu. Nie sądziłam jednak, że to co pisze może stanowić motywację dla innych. A jednak :)

Właśnie trafiłam na artykuł z cytatami z naszych blogów:

Potrzebujesz motywacji? Zajrzyj na blogi biegaczy!  

 Przeczytanie tego akurat dziś, kiedy siedzę w domu zakatarzona, zażywam gripex i martwię się że już dwa treningi opuściłam, jest wspaniałym zbiegiem okoliczności :)

 

wtorek, 18 września 2012

Dzisiejsze bieganie chyba nie należało do najbardziej udanych.

Po pierwsze, lampa straszna od samego rana. 25 stopni i ani jednej chmurki. Bardzo nie lubię biegać w upale, bo chyba mam termostat zepsuty, na twarzy się w ogóle nie pocę, więc po pewnym czasie rozgrzewa mi się do czerwoności. Nic przyjemnego. Wieczorem niestety nie mam czasu dziś biegać, lepiej więc w samo południe niż wcale.

Po drugie, bieganie znów było z kolką w tle. Nie była bardzo odczuwalna, ale tak jakby chciała powiedzieć "uwaga nadchodzę", tak jakby każdy fałszywy krok miał ją sprowokować. Nie wiem zupełnie dlaczego, bo od śniadania minęły trzy godziny. Muszę chyba wrócić do jogi (tak, ostatnio ją zaniedbałam), może za jej pomocą coś mi się tam w środku poprzestawia, jelita się inaczej ułożą...

Po trzecie, najważniejsze, liczyłam, że w końcu zacznę się mniej męczyć i biegać na dłuższych dystansach. A tu guzik. Sapię i dyszę jak dawniej. Co jednak zauważyłam, odcinki między marszami biegam szybciej niż dawniej. Nie wiem dlaczego, nie jestem w stanie nad tym zapanować. Mimo zegarka :( Zamiast dalej jest szybciej, a wolałabym, żeby było odwrotnie. Zmęczenie jest jednak wciąż takie samo.

 

3km w 21 minut - w tym 5 minut marszu. Stanowczo  (jak na moje możliwości) za szybko było w odcinakach biegowych. Bieg zakończyłam o kilka minut wcześniej niż to było w planie aby zapobiec ugotowaniu się na twardo.

 

sobota, 15 września 2012

Postanowiłam, że będę biegać bez przymusu, bez napinki, bez widma startu na x kilometrów za zaledwie dwa czy trzy tygodnie. Bieganie ma być przyjemne i dostosowane do moich czasowych i fizycznych możliwości. Ale jakieś postępy powinny być, trzeba przecież iść do przodu. Owszem, powolutku, ale stać w miejscu nie można. Dlatego doszłam do wniosku, że potrzebny jest plan. Plan, który usystematyzowałby całe to moje bieganie i dał mi poczucie, że  trening nie idzie na marne. Plan musi być dostosowany do moich możliwości, niestety niezbyt dużych jeszcze na chwilę obecną. Plan też musi być elastyczny, a raczej to ja muszę tak do niego podchodzić. Dzięki wykładom w Krynicy wiem, że plan można modyfikować według potrzeb i dostosowywać do własnego trybu życia. Jeśli więc się okaże, że któryś tydzień jest dla mnie zbyt trudny, bez wyrzutów sumienia go powtórzę. Jeśli będę miała zbyt mało czasu lub słabsze dni, to po prostu dłużej się zatrzymam na danym etapie.

Jaki więc ma być ten plan? Wybór wcale nie jest łatwy. W internecie jest sporo różnych planów. Amatorowi ciężko zdecydować, które są dobre a które nie. Postanowiłam się więc na początku skoncentrować na celu. Zadałam sobie pytanie co chcę przez te najbliższe kilka tygodni osiągnąć?

cel: ciągły bieg przez kilkadziesiąt minut, bez Gallowaya (temu panu już chcemy podziękować)

Dla wielu niby nic wielkiego dla mnie to jednak byłby przełom i dobry początek do późniejszego trenowania pod jakiś konkretny dystans. Czyli coś w rodzaju budowania formy :)

Na stronie jak-biegac.pl znalazłam dość prosty plan treningu który stopniowo eliminuje czas marszu na korzyść biegu. Czuję się na siłach żeby zacząć od 4 tygodnia, w końcu już nie jestem aż taka zielona ;) Dwa dni temu na próbę przebiegłam trening z poniższej tabeli i było w miarę ok. Nie biegłam szybko, w planowane 30 minut przebiegłam 4 kilometry, ale za to nie byłam zmęczona.

Tak więc mój pierwszy tydzień będzie wyglądał jak w poniżej tabeli. W kolejnych tygodniach czas trwania treningu będzie taki sam (30 minut) ale zmienią się proporcje biegu do marszu:



2 tydzień: 7 minut biegu/ 3 minuty marszu (trzy powtórzenia)

3 tydzień: 8 minut biegu / 2 minuty marszu (trzy powtórzenia)

4 tydzień: 9 minut biegu / 1 minuta marszu (trzy powtórzenia)

5 tydzień: 13 minut biegu / 2 minuty marszu (dwa powtórzenia)

6 tydzień: 14 minut biegu / 1 minuta marszu (dwa powtórzenia)

7 tydzień: 30 minut ciągłego biegu

Liczę na to, że ten system wreszcie zda egzamin i uda mi się biec przez 30 minut w tempie nie gorszym niż 7 m/km (tak, wiem że niektórzy chodzą w takim tempie, ale mają dłuższe nogi ;)

Program wdrażam od najbliższego wtorku i ma on trwać aż do początku listopada. Mam nadzieję, że wytrwam :)

czwartek, 13 września 2012

Każdy może pobiec w maratonie i go ukończyć. Czyżby? Telewizja Nova przeprowadza eksperyment i udowadnia, że tak.

Wybiera do swojego przedsięwzięcia grupę osób w różnym wieku, prowadzących różny tryb życia, borykających się z różnymi problemami zdrowotnymi. Łączy ich jedno: Nie są oni  biegaczami a chcą przebiec 42 km. Przez 9 miesięcy pracuje z nimi sztab specjalistów, trenerów i lekarzy, aż w końcu... start w maratonie w Bostonie jednym z najbardziej popularnych na świecie biegów ulicznych. Sukces nie przychodzi jednak łatwo, nowo upieczeni biegacze borykają się z wieloma problemami, przytrafiają im się kontuzje, muszą pogodzić dotychczasowe życie z intensywnymi treningami. Mimo, że wszyscy startują od zera niektórym bieganie nie sprawia większych kłopotów, dla innych zaś przebiegnięcie 5 mil w pierwszych tygodniach treningu graniczy z cudem. Specjaliści wyjaśniają dlaczego tak się dzieje. Dokument również w bardzo przystępny sposób wyjaśnia funkcjonowanie ludzkiego organizmu. Pokazuje co się dzieje z nami podczas biegu, tłumaczy co to jest VO2 max i udowadnia jak łatwo go poprawić. Przemiany, zarówno psychiczne jak i fizyczne, które zachodzą w uczestnikach programu na naszych oczach są niesamowicie krzepiące i motywujące. Film jest bardzo optymistyczny i daje realną nadzieję początkującym biegaczom :)

A dla tych, co o maratonie nie myślą słowa lekarza, który przekonuje, że żeby być zdrowym i mieć dobrą kondycję, nie trzeba pokonać aż tak długiego dystansu, wystarczy regularnie biegać trzy razy w tygodniu.

A dla ciekawych link do kalendarza treningów jakie przeszli bohaterowie filmu: Marathon Training Calendar

 

poniedziałek, 10 września 2012

...czyli nie tak to sobie wszystko zaplanowałam

Jak to się mówiło? Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga powiedz mu o swoich planach?

Do Krynicy pojechałam z mężem, żeby pobiec na 10 km. Godzinę przed tym biegiem rozgrywał się bieg kobiet na dystansie 1 kilometra. Wstępnie też planowałam w nim wystartować ale jakoś później sobie o tym zapomniałam. Jak zapowiadali ten bieg, w ostatniej chwili mąż mnie wypchnął na start, zaskoczoną i jeszcze nie rozgrzaną. Bo przecież się zapisałam ;) No to pobiegłam, szybciej niż zazwyczaj biegam, bo dystans krótszy. Na tyle szybko żeby od razu złapać kolkę. Do biegu na 10 km była jeszcze godzina przerwy, miałam nadzieję, że wszystko będzie ok. Niestety już na pierwszym kilometrze kolka wróciła i z czasem nasilała się. Z bólem serca (i brzucha) zeszłam z trasy, bo wiedziałam, że teraz to już na pewno nie dam rady. Dodam, że ta kolka trzymała mnie do wieczora i sprawiała kłopot nawet przy szybkim marszu :(

Cóż, nie wszystko zawsze układa się tak jak byśmy sobie tego życzyli. Mimo to, z perspektywy czasu myślę, że może i dobrze się stało. Do biegu na dychę byłam jeszcze totalnie nieprzygotowana. Przez ostatni tydzień strasznie się denerwowałam z powodu tego biegu - niepotrzebnie. Przecież bieganie ma mi sprawiać radość, to ma być odprężenie, odskocznia od codziennych stresów, to ma być fun! Muszę z większą pokorą podejść do treningów, tu nie ma drogi na skróty, tu trzeba swoje "odbiegać" Doszłam do wniosku, że na dyszkę będę gotowa może już na wiosnę, a jeśli nie to zadebiutuję za rok, znów w Krynicy, bo na pewno tam wrócę!

Mimo, że nie wszystko poszło po mojej myśli wyjazd uważam za bardzo udany. Spędziłam cudowny weekend z mężem, bez dzieciaków, bez obowiązków, w pięknym otoczeniu :) Byliśmy na kilku interesujących wykładach, zrobiliśmy małe sportowe zakupy na targach. Festiwalowa atmosfera bardzo nam się udzieliła i teraz jeszcze bardziej chce się biegać. Widok wracających maratończyków i ultramaratończyków niesamowicie krzepił i dodawał sił, cały smutek z powodu nieudanego biegu gdzieś prysnął.

No i najważniejsze -  mój mąż pobił o kilka minut swoją życiówkę (w końcu to jest życiowa dziesiątka Taurona) i ukończył bieg z czasem 47:02. Jestem z niego strasznie dumna! A i ja medal mam, z biegu kobiet, więc może i dobrze, że w nim pobiegłam ;)

A co teraz? Oddycham z ulgą, nie czekają mnie już w najbliższym czasie żadne zawody, będę sobie więc pomykać powolutku, bez napinki, bez stresu, że muszę szybciej i dalej. Mam czas. Uff.

 

czwartek, 06 września 2012

Wyniki XXIII Nocnego Biegu Solidarności w Rzeszowie już są. Choć prawdopodobnie nie bez błędów, bo niektórzy maja wpisany inny wynik w kategoriach wiekowych a inny w ogólnej klasyfikacji.

mój dokładny czas: 40:52

czas mojego męża: 27:28 - jestem pod wrażeniem!!!


Jednocześnie chciałabym wyrazić wielki podziw dla najstarszego uczestnika biegu Pana Jerzego Dębskiego, 78 latka, który biega od dziesięciu lat. Po biegu zamieniłam z nim dwa słowa i dowiedziałam się, że on nigdy biegaczem nie był, że biega "tylko" od 10 lat :)

Jestem też pełna podziwu dla Roberta Pawłowicza, który bieg ukończył o kulach. Tak jak wspomniał w wywiadzie, czasami widzi zdziwienie w oczach innych startujących, pewno tamtego wieczora zobaczył i w moich, przyznam, ze z początku zwątpiłam nieco czy da radę ukończyć ten bieg. Ukończył, dobiegliśmy prawie w tym samym czasie. Po wysłuchaniu wywiadu z Panem Robertem Pawłowiczem jeszcze bardziej chcę biegać i pokonywać własne lenistwo i słabości. Bo wiem że się da :) I aż mi wstyd, że na 3 okrążeniu zwątpiłam w siebie i miałam ochotę zejść z trasy. A oto link do strony gdzie można (i warto) posłuchać relacji z biegu i wywiady :)

Tu podaj tekst alternatywny

poniedziałek, 03 września 2012

 

...czyli mój biegowy debiut

W Rzeszowie to 23 a dla mnie pierwszy w życiu bieg uliczny. Dzień pod obudziłam się nadal padnięta po dziesięciogodzinnej eskapadzie do Rzeszowa i powrocie do domu o pierwszej w nocy, padnięta ale szczęśliwa, jako że w końcu udało mi się  zainaugurować moje bieganie uliczne i oficjalnie wejść w świat biegaczy. Nic to, że trochę może za wcześnie, nic to że trochę może pechowo. I tak jestem zadowolona.

W prawie trzygodzinną podróż do Rzeszowa wybrałam się razem z mężem. Wyjechaliśmy na tyle wcześnie by jeszcze na miejscu zrobić sobie małe pasta party i dwie godziny przed biegiem zjeść obowiązkowe spaghetti. Któż miał przewidzieć, że w Rzeszowie na zwykły makaron z sosem czeka się prawie godzinę? Ja na szczęście przezornie zrezygnowałam z jedzenia a mój małżonek niestety biegł z żołądkiem pełnym kluchów i piwa ;) Ja i tak nie mogłabym jeść, tak się denerwowałam od rana, że żołądek płatał mi psikusy i musiałam się faszerować różnymi prochami.

Przed biegiem miała być adrenalina tymczasem były tylko nogi jak z waty. Na szczęście stres trochę rozładowało spotkanie z tete. Tak się zagadaliśmy stojąc za linią startu, że dopiero fala tłumu, która gwałtownie poniosła nas do przodu była  znakiem, że bieg się rozpoczął. Tomek, pozdrawiam!

6000 metrowa trasa wiodła dookoła pięknego rzeszowskiego rynku. Należało zrobić 4 pętle. Ruszyłam uzbrojona w pulsometr, prędkościomierz i z zegarek Kalenji nastawiony na odpowiednie interwały do gallowayowania. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka, cóż włączyłam go w trakcie, przecież nie mogłam już wrócić na start. Z mojego marszo-biegania też nic nie wyszło - po prostu było mi wstyd, bo nikt inny tego nie robił, wszyscy cały czas biegli. Przez to niestety biegłam coraz bardziej zmęczona. Na trzeciej pętli złożyłam sobie solenną obietnicę, że w następnym takim biegu wezmę udział dopiero za rok lub dwa, jak będę już dużo lepiej przygotowana. Powiedziałam też sobie, że w Krynicy za tydzień będę tylko kibicem i cały czas się oglądałam czy chłopak o kulach już mnie wyprzedza czy jeszcze nie. Zresztą już na drugiej mojej pętli mijały mnie tabuny biegaczy, którzy robili ostatnie okrążenie i kończyli swój bieg, ja miałam jeszcze kawał drogi przed sobą co było strasznie deprymujące i zniechęcające. Po prostu cały czas mnie ktoś mijał!

Ostatnie okrążenie było najtrudniejsze, nie dość, że było mi ciężko, bo do mety było ciut pod górkę, to świadomość, że jestem w samym ogonku a policjanci sobie myślą, że już chętnie by się zwijali z trasy ale jeszcze jakaś baba leci, skutecznie cementowała mi nogi. No cóż, w końcu jednak dobiegłam. Okazało się że medalu już dla mnie zabrakło, co oznajmił mi miły pan ograbiając mnie z numeru startowego. Potem odlazłam w tłumie męża, który wspaniałomyślnie oddał mi swój medal i podsunął butelkę wody. Wtedy dopiero sobie przypomniałam, że po biegu należy zastopować zegarek :(

W nagrodę, a może dla pocieszenia poszliśmy jeszcze na pyszny deser. Pogoda była piękna, a ryneczek Rzeszowa bardzo urokliwy. Do domu wracaliśmy grubo po północy. Na koniec imprezy, przy wyjeździe z miasta zrobiono nam jeszcze pamiątkowe zdjęcie. Nie był to jednak komitet pożegnalny Biegu Solidarności a złośliwa budka na słupie stojąca przy szosie.

Zauważyłam, że przy relacjach z różnych biegów w dobrym tonie jest na koniec coś skrytykować (wszyscy blogerzy tak robią) więc i ja coś napisze. Gdy biegłam moje trzecie kółeczko, to większość biegaczy była już po swoim ostatnim, przekroczyli linię mety i tuż za nią odbierali medale. Ja i garstka niedobitków (chłopak o kulach, chyba 80 letni dziadek i jakieś chichrające się przez całą drogę dziewczyny) musieliśmy mocno lawirować, żeby wyminąć stojące tuż za metą grupy ludzi (w wąskiej uliczce) i przebiec jeszcze swoje ostatnie okrążenie. A wystarczyło by obsługa biegu kierowała ludzi którzy ukończyli bieg na bok, za barierki i tam rozdawała medale, albo żeby sami uczestnicy byli trochę bardziej domyślni i łaskawie zauważyli, że bieg jeszcze trwa i cieszyli się kilka metrów dalej.

Niestety wyników biegu jeszcze nie ma :( i nie wiadomo kiedy będą. Podobno zaistniały jakieś kłopoty z pomiarem. Analizując kilometrowe interwały w moim zegarku szacuję, że biegłam około 40 minut. Średnie tętno zaś miałam 180. Czyli tyle co według wzoru powinno wynosić moje tętno maksymalne!

Tym miłym akcentem chciałam zakończyć relację z mojego najpierwszego biegu ulicznego :)

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał czym jest dla mnie bieganie to nie odpowiedziałabym, że przygodą, frajdą, odpoczynkiem i relaksem. Dla mnie to trudne przełamywanie barier i własnych słabości. I uwierzcie, daje  to cholerną satysfakcję.

 

 




niedziela, 02 września 2012

Ostatni miesiąc był bardzo udany, choć może jeśli chodzi o bieganie to... nie do końca. Sierpień to ostatni miesiąc wakacji. Tak się złożyło, ze właśnie na koniec sierpnia przypadł mój wyjazd wakacyjny do puszczy Białowieskiej. Zaszyliśmy się na skraju lasu w gospodarstwie agroturystycznym, codziennie przemierzaliśmy puszczę na piechotę i na rowerach. Zbieraliśmy grzyby, łowiliśmy ryby, kąpaliśmy się w jeziorze, kupowaliśmy mleko prosto od krowy i miód w pasiece, wstawaliśmy o 3 w nocy by zobaczyć żubry... na bieganie było strasznie mało czasu. Przyznam, że mieliście racje mówiąc, że aż takie przykręcanie śruby nie ma sensu, że planowanie biegania codziennie było nieporozumieniem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie siedziałam bezczynnie, było dużo spacerów i kilkudziesięcio kilometrowe wycieczki rowerowe.

Na liczniku ogólnym mam już: 148 km

 

 A oto szczegóły ostatniego miesiąca:

 

przebiegłam: 50 km ( o dziwo więcej niż w lipcu).

w biegu spędziłam: 6 godzin

ilość treningów w sierpniu: 11 (to o cztery mniej niż w lipcu, znaczy że dystans poszczególnych wybiegań się zwiększa)

średnia prędkość: 8,3 km/h (wreszcie widać małą poprawę).

Na rowerze za to przemierzyłam aż 121 km. Dla mnie to dużo :)

 

fot. globalwings.pl

środa, 15 sierpnia 2012

Niezupełnie. Pranie, prasowanie, pakowanie i dwa dni w podróży to powód kilkudniowej przerwy w bieganiu. A jak wiadomo, długie przerwy kondycji nie służą, przynajmniej u początkujących. Jednak sam fakt biegania w innych, jakże pięknych okolicznościach przyrody sprzyja woli walki i wypędza rankiem na nowe, nieznane trasy biegowe.

Tak proszę państwa, przez następny tydzień będę się puszczać (truchtem) w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie rozpoczął się długo wyczekiwany wyjazd na tak zwane łono natury. Mamy buty biegowe, buty górskie, rowery, pogoda ma się poprawić a gospodarstwo w którym mieszkamy nazywa się Twój Raj (nomen omen) - żyć nie umierać!

Dziś więc było lekkie śniadanko, tylko płatki z mlekiem, Po czym udaliśmy się z małżonkiem na mały biegowy rekonesans. Lekka mżawka była naszym sprzymierzeńcem, a ja czułam jak moje płuca rosną dotleniane przez otaczający nas las.

7,31 km -  50:27

Zobaczymy czy pod koniec tygodnia uda mi się pokonać tą samą trasę w lepszym czasie :)

Dla mojego męża tempo jednak było zbyt wolne więc biegał koło mnie tam i z powrotem, trochę jak nasz pies na spacerze, a przy okazji jeszcze grzyby zbierał.

A oto owoce naszej dzisiejszej przebieżki :) Będą do jajecznicy jak tylko wyczaimy gdzie tu można jajka od prawdziwych kur kupić :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------