....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
środa, 15 sierpnia 2012

Niezupełnie. Pranie, prasowanie, pakowanie i dwa dni w podróży to powód kilkudniowej przerwy w bieganiu. A jak wiadomo, długie przerwy kondycji nie służą, przynajmniej u początkujących. Jednak sam fakt biegania w innych, jakże pięknych okolicznościach przyrody sprzyja woli walki i wypędza rankiem na nowe, nieznane trasy biegowe.

Tak proszę państwa, przez następny tydzień będę się puszczać (truchtem) w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie rozpoczął się długo wyczekiwany wyjazd na tak zwane łono natury. Mamy buty biegowe, buty górskie, rowery, pogoda ma się poprawić a gospodarstwo w którym mieszkamy nazywa się Twój Raj (nomen omen) - żyć nie umierać!

Dziś więc było lekkie śniadanko, tylko płatki z mlekiem, Po czym udaliśmy się z małżonkiem na mały biegowy rekonesans. Lekka mżawka była naszym sprzymierzeńcem, a ja czułam jak moje płuca rosną dotleniane przez otaczający nas las.

7,31 km -  50:27

Zobaczymy czy pod koniec tygodnia uda mi się pokonać tą samą trasę w lepszym czasie :)

Dla mojego męża tempo jednak było zbyt wolne więc biegał koło mnie tam i z powrotem, trochę jak nasz pies na spacerze, a przy okazji jeszcze grzyby zbierał.

A oto owoce naszej dzisiejszej przebieżki :) Będą do jajecznicy jak tylko wyczaimy gdzie tu można jajka od prawdziwych kur kupić :)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Od czasu kiedy zaczęłam biegać wiecznie jestem głodna. Czasami podczas biegania dziwnie słabo się czuję. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że może powinnam teraz więcej jeść. No ale więcej, to znaczy ile?

Zaczęłam szperać w internecie w poszukiwaniu norm żywieniowych. Interesowały mnie kalorie i węglowodany, które to stanowią główne źródło energii. Znalazłam takie oto dane:

Kalorie:

Mężczyźni ( 21-64 lat praca umiarkowana): 2800-3200 kcal, 350- 410 gramów węglowodanów

Kobiety (21-59 lat praca umiarkowana): 2400-2800 kcal, 300 - 360 gramów węglowodanów 

Znalazłam też stronę internetową która obliczy nam nasze indywidualne zapotrzebowanie na kalorie. KLIK Gdy uzupełniłam swoje dane, wagę wzrost i wiek, aplikacja obliczyła dla mnie coś takiego:

 Twoja podstawowa przemiana materii to 1 579 kcal. Pamiętaj, że podstawowa przemiana materii pochłania jedynie od 45% do 70% dziennego zapotrzebowania energetycznego człowieka, w zależności od wieku i trybu życia.

Czyli 1579 kcal to dla mnie absolutne minimum potrzebne tylko do tego by mój organizm utrzymywał się przy życiu.Żeby pracować, bawić się i biegać trzeba dostarczyć dodatkowe kalorie :)

 Jako że się nie odchudzam, bo wagę mam prawidłową, a tryb życia prowadzę w zasadzie umiarkowany, bo moje treningi nie są jeszcze bardzo intensywne, założyłam, że powinnam dostarczać mojemu organizmowi około 2800 kcal a w tym około 360 gramów węglowodanów dziennie. Przyjęłam górną granicę normy biorąc poprawkę na to że biegam. Postanowiłam sprawdzić czy faktycznie tyle zjadam.

Do obliczania kalorii i węglowodanów użyłam kalkulatora na stronce Ile to waży? Stronka genialna dla wszystkich liczących kalorie. Ja jej używam na co dzień, jako że mój syn jest diabetykiem. W liczeniu węglowodanów jestem więc otrzaskana :)

Do kalkulatora wprowadziłam menu z wczorajszego dnia, był to dzień typowy, zazwyczaj jem mniej więcej tyle samo.

Zobacz produkty z mojego kalkulatora kalorii

Z obliczeń wynika, że mój organizm dostał dzisiaj 1384 kcal, czyli o około 100 mniej niż konieczne do życia  minimum. Do tego dochodzi jeszcze normalna aktywność i ubytek kalorii spowodowany bieganiem, według Dailymile do pokonania 4 km zużywam około 300 kcal. Aż się boję pomyśleć co będzie gdy zacznę biegać więcej. Ilość spożytych węglowodanów zbliżała  się natomiast do dolnej granicy przyjętej normy.

Wygląda na to, ze cały czas nieświadomie jestem na diecie odchudzającej. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo przecież nigdy nie odmawiałam sobie niczego na co miałabym ochotę. Najwyraźniej również wzmożona aktywność fizyczna wpłynęła na zmianę mojej przemiany materii.

Ciekawa jestem jak u was wygląda dostawa kalorii i czy zawsze wystarcza wam paliwa? Tymczasem idę coś zjeść :)

 

piątek, 10 sierpnia 2012

Kampania reklamowa Adidas. Podpatrzone na blogu  Alexa w Krainie Czarów, gdzie można zobaczyć więcej zdjęć :)

Czy biegacz to faktycznie ten sam gatunek ludzia?

 

 

czwartek, 09 sierpnia 2012

Mój poprzedni wpis gdzie wprowadzam kilka drobnych zmian do mojego sportowego trybu życia wywołał sporo kontrowersji ;) Były wątpliwości czy podołam, zarówno fizycznie jak i psychicznie, były pytania - po co właściwie to wszystko. Nie, na biegun północny się nie wybieram ani też do Rio, przynajmniej jeszcze nie teraz ;) Ale to co chcę zrobić będzie dla mnie równie trudne.

Początek września w Krynicy zapowiada się bardzo ciekawie. Festiwal biegowy trwa aż trzy dni a w planie można znaleźć biegi od maratonów, poprzez krótki bieg dla kobiet wyłącznie, aż do biegu przebierańców na 999 metrów. Są też koncerty i inne liczne atrakcje. Postanowiliśmy z mężem spędzić ten weekend tylko we dwoje (dzieciaki i pies mają zostać w domu z dziadkami) i połączyć przyjemne z naszą  nową pasją czyli bieganiem. Łukasz wystartowałby na dyszkę i próbował poprawiać swoją życiówkę, a ja w biegu kobiet albo przebierańców (przebrana za biegacza). Jednak przy zapisywaniu się przez internet ręka mi się omsknęła i niechcący też zapisałam się na bieg na 10 km :O

No dobra, zapisałam się celowo. Pomyślałam sobie, że pies drapał te 40 złotych, najwyżej przepadnie jeśli nie wystartuję, a przynajmniej będę miała jakiś konkretny, poważny biegowy cel. Szaleństwo? Może, ale czy kiedyś mówiłam, że jestem normalna? Żeby jednak nie było wątpliwości postawiłam sprawę jasno (przed samą sobą): przez te 5 (ło matko, nie zdawałam sobie sprawy, że tylko tyle) tygodni przygotowań, które jeszcze zostały, dam z siebie wszystko. Gdy jednak zobaczę, że to mnie przerasta, bez żalu odpuszczę i zostanę jedynie kibicem (albo przebierańcem). Taki układ wydał mi się całkiem fair więc zabieram się do roboty, a raczej do biegania tudzież innego ćwiczenia mojej wątpliwej kondycji.

A teraz kwestia zasadnicza. Jak zrobić coś z niczego nie będąc Adamem Słodowym czyli jak sprawić, żebym na początku września przebiegła dychę i do tego zmieściła się w 90 minutowym limicie czasu (no i nie dostała na mecie zawału)? To dopiero będzie challenge, lepszy niż na Dailymile, lepszy bo prawdziwy :) Wprawdzie raz jedyny w życiu udało mi się przedreptać 10 km, ale wtedy biegłam chyba tylko głową, no i nie wiem czy nie przez przypadek. Potrzebny dobry plan treningowy na cito! Niestety rozsądny Galloway chyba nie da rady, bo wszystkie jego plany treningowe trwają minimum kilkanaście tygodni.  Tak więc koleżanki i koledzy liczę na wasze rady, wskazówki tudzież gotowe plany na 5 tygodni (pod tytułem: od zera do bohatera), bo inaczej będę zmuszona sobie taki plan sama ułożyć, a to może być groźne;)

A tak przy okazji, ktoś też się wybiera?

 

Jeśli on zdołał przebiec maraton, to może i ja poradzę sobie z tą dychą?

środa, 08 sierpnia 2012

Na stronie bieganie.pl znalazłam oto taki opis eksperymentu przeprowadzonego na szczurach a dotyczącego biegania. Artykuł nosi tytuł: Podstawy treningu: "Biegaj wolno i długo..."

 

 Kolejne pytanie jakie zadał sobie Holloszy to: "Ile powinien trwać bieg, aby przynosił najlepsze efekty"? W tym celu przeprowadził drugie badanie. Podzielił szczury na 4 grupy treningowe. Jedna grupa biegała 10 min, druga 30 min, trzecie biegała 60 min i czwarta 2 godziny dziennie. Wszystkie biegały na tej samej intensywności 50 - 60% VO2 max, treningi odbywały się 5 razy w tygodniu przez 13 tygodni. Po tym doświadczeniu okazało się że, grupa dwu godzinna miała największy wzrost mitochondriów po zakończeniu eksperymentu. Po zakończeniu badań został także przeprowadzony sprawdzian wytrzymałości. Szczury miały biec "do odmowy" (czyli tyle ile potrafiły) na stosunkowo dużym poziomie intensywności, identycznym dla wszystkich grup. Wyniki tego doświadczenia były niezwykłe. Grupa szczurów trenująca 10 minut dziennie przebiegła 22 min, grupa 30 minutowa - 41 min, 60 minutowa mogła biec przez 50 min, a szczury trenujące 2 godziny kontynuowały bieg przez 111 min.


Wczoraj dużo myślałam o moich treningach, bieganiu, ćwiczeniu jogi... Dziś obudziłam się z dziwnym uczuciem, ze potrzebuję kolejnych zmian w moim życiu, bardziej drastycznych, zauważalnych. Doszłam do wniosku, że mogłabym ćwiczyć więcej. Owszem, do sukcesu dochodzi się małymi kroczkami, ale ja chciałabym stawiać trochę większe, żeby nagle nie dojść do wniosku, że dreptam w miejscu.

Mam urlop do początku września, teoretycznie mam czas. Ale tylko w teorii, bo w praktyce to wygląda tak, że śpię do dziewiątej, potem siedzę przed komputerem lub telewizorem (wymawiając się igrzyskami) i z zazdrością obserwuje owoce ciężkiej pracy innych. Gdzie u mnie ta ciężka praca? Jakoś nie zauważyłam, żebym się strasznie przemęczała. Wiem, że stać mnie na więcej, wiem że mogę i wiem że muszę....

Sierpień więc będzie pewnego razu sprawdzianem moich możliwości: fizycznych, psychicznych i organizacyjnych. Czy potrafię być systematyczna, czy odłożę przyjemności na później, czy zorganizuję sobie tak prace domowe by został jeszcze czas na bieganie?

A zmiany będą drastyczne:

- bieganie codziennie ( bez względu na pogodę, docelowo również o świcie, czasami rano i wieczorem).

- po każdym bieganiu rozciąganie (do tej pory było tylko rzucenie ciała na kanapę).

- joga codziennie (minimum pół godziny).

- dodatkowe ćwiczenia z hantelkami (żebym po latach nie wyglądała jak cyborg z umięśnionymi nogami i łapkami jak gałązki).

- rower, basen, spacery z psem i inna aktywność fizyczna kiedy tylko się da.

- posiłki regularne (a nie jak do tej pory śniadanie rano a o 17.00 obiad a potem kolacja koło północy).

- chodzenie spać nie później niż  o 22.00 na początek i coraz wcześniejsza pobudka, najpóźniej o 8.00.

 

Jak byłam mała to z podziwem patrzyłam na ciężko trenujących mnichów z klasztoru Shaolin. Wtedy chciałam być tacy jak oni i nawet przez jakiś czas ćwiczyłam Karate. Do dziś patrzę na nich z nostalgią :) Są dla mnie nadal wielkim motywatorem ;)

wtorek, 07 sierpnia 2012

Zaliczyłam dzisiaj ciężki dzień zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Czas na bieganie dopiero znalazłam wieczorem, ale może to i dobrze, bo akurat zrobiło się przyjemnie chłodno. Dziś według rozpiski miałam przebiec 6 kilometrów. Okazało się, że do domu ma 7 km więc stwierdziłam, że pal sześć, nie będę maszerować przed samym domem tylko dobiegnę. Gdy zrobiłam te 7 km coś się we mnie zacięło, jakiś wyłącznik się zepsuł i biegłam dalej. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że skoro już tyle przebiegłam, to równie dobrze mogę biec dalej i... przeczłapałam dychę. Czas wprawdzie długi, ale to pan Galloway jest za to odpowiedzialny, bo nadal biega ze mną :)

10.49 km w 1:17

O dziwo po 7 kilometrze nie miałam już zadyszki i utrzymywałam to samo tempo i biegło mi się lepiej niż na początku (może mam zadatki na ultrasa?), za to zaczęły mnie trochę boleć kolana, biodra i coś co powinno być w sportowym staniku a nie było. Odkryłam też dzisiaj, że mam chyba jedną nogę pronującą a drugą supinującą.

A teraz pytanie, jak ja to powtórzę?

sobota, 04 sierpnia 2012

 

 Dziś dla odmiany wyszłam pobiegać przed południem, niestety trochę za późno. Pod koniec słońce już tak paliło, że czułam się jak na patelni, a po przybiegnięciu do domu miałam ochotę zdjąć twarz i wsadzić ją do lodówki. Miałam zrobić 5 km, zabrakło mi 200 metrów, nie mogłam się już zmusić do ani jednego kroku więcej....

Muszę popracować nad rannym wstawaniem, marzy mi się bieganie o świcie. Ale chyba najpierw powinnam zacząć wcześniej się kłaść. Powinnam mieć szlaban na komputer i telewizor po godzinie 20.00.

No i jak bumerang powraca temat kondycji. Jak szybko poprawić kondycję? Pytałam o to Mariusza, który napisał mi,  że mam biegać i nie liczyć kilometrów. Pytałam mojego męża, odpowiedział mi: biegać, biegać i jeszcze raz biegać. Jeszcze Was zapytam bo przecież musi być jakiś normalny sposób! Na przykład picie Iskiate i jedzenie Pinole, jakiś przełomowy program treningowy, nakłuwanie laleczek voodoo, tabletki, elektrowstrząsy, buty z jakimiś specjalnymi wkładkami lub może medytacja?

Z dobrych wiadomości to to, że chyba muszę dziś skoczyć po szampana bo mi właśnie mój biegowy zegarek obwieścił, ze mi się udało przeczłapać pierwsza setkę :) Następna taka okazja będzie po 1000 km :O

Przy okazji biadolenia i ubolewania nad moją leżącą i wciąż kwiczącą kondycją zanurzyłam się w lekturze różnych blogów biegowych i wygrzebałam sobie oto taką pocieszajkę ;) Nie wszyscy od razu przebiegli maraton, są tacy co też kiedyś zaczynali :)))

 

Hankaskakanka z Do mety 

 Zaczęło się od namówienia męża na przebieżkę wokół naszego kwartału. Po 500 metrach truchtu, który wydawał mi się obłąkańczym galopem, miałam przed oczami kolorowe płatki. Nogi jak z waty, walące o żebra serce, zadyszka, kolka - sama radość i smutne świadectwo mojej własnej kondycji.

 

Ala z Ala się ściga

Pewnego dnia postanowiłam zrzucić to i owo - tego samego dnia założyłam stare, szkolne "adidasy" i wyszłam potruchtać, a raczej umierać uprawiając marszobieg.

 


Wiolqn z blogu Brykanie

... Palace pluca po 5 minutach biegu, bol w zastalych miesniach i dalsze zniechecenie. Z zadroscia patrzylam na tych wszystkich biegaczy w parku, ktorzy z taka lekkoscia odrywali sie od ziemi i pedzili do przodu. W czerwcu ubieglego roku w moje rece trafil 60s plan treningowy dla calkowitych laikow. Rozpoczynal sie niepozornie: 3 minuty marszu przeplatane 60s truchtaniem. Calosc zamykala sie w 16 minutach. To nie powinno mnie zabic pomyslalam wieszajac plan na scianie. Pierwszy trening skonczyl sie prawie we lzach. Z zegarkiem w dloni odliczalam 60s probujac wzrokiem popchnac wskazowki do przodu. Przebiegniecie pelnej minuty bylo prawie niemozliwe. Nie moglam uwierzyc ze mam az tak slaba kondycje.

 


Gohs z Fit is the new sexy

Pamiętam za to, że zaczęło się od marszobiegów po 2,5 kilometrowej pętli wokół pól za miastem. Wychodziłam z domu, truchtałam jak długo dałam radę, sapiąc przy tym niemiłosiernie, jak już sił brakowało, przechodziłam do marszu, żeby zacząć normalnie oddychać i znowu bieg. I tak w kółko aż nie dotarłam z powrotem do domu.

 


Kuba z Formatownia

Trening zajmował mi około 45 minut (licząc rozgrzewkę przed i po bieganiu/maszerowaniu), w których przeplatałem bieg z marszem, a więc na zasadzie: biegnę, maszeruję, biegnę, maszeruję, itd. W pierwszym tygodniu biegałem 1 minutę, po czym maszerowałem 4 minuty. W drugim tygodniu biegałem 2 minuty, a maszerowałem 3 minuty. W trzecim tygodniu biegałem 3 minuty, a maszerowałem 2 minuty. W czwartym tygodniu biegałem 4 minuty, a maszerowałem 1 minutę. Na koniec czwartego tygodnia, w niedzielę, nastąpił test, w którym sprawdziłem, czy potrafię już biec bez przerwy pół godziny. Udało się!

czwartek, 02 sierpnia 2012

Jest dobrze... ale nie najgorzej jest, coraz więcej przebiegniętych kilometrów, dłuższe dystansy. Czasy jednak kiepskie, ale na tym etapie nie jest to ważne. Gdzieś wyczytałam, że najpierw trzeba zbudować jakąkolwiek formę, bazę, a dopiero potem ją poprawiać.

A więc:

przebiegłam: 96 km ( w tym 42 w lipcu, to jest o 16 kilometrów więcej niż w poprzednim miesiącu).

w biegu spędziłam: 12 godzin i 40 minuty (w tym 5 godziny i 30 minut w czerwcu).

ilość treningów w lipcu: 14

średnia prędkość: 7,7 km/h (nie poprawia się niestety).

W lipcu po raz pierwszy w życiu udało mi się przebiec 5 kilometrów. Wprawdzie nadal stosuję metodę Gallowaya, ale nieco przedłużyłam czas biegu w stosunku do marszu (500 metrów biegu po czym jest 100 metrów szybkiego marszu). Postaram się wkrótce jeszcze bardziej wydłużyć odcinki biegowe.

Co mi się nie udało? Za mało było treningu uzupełniającego, za mało przejażdżek rowerowych, nie zaczęłam jeszcze ćwiczyć jogi, ab swing leży nadal odłogiem. Oj niedobrze :(

 

środa, 01 sierpnia 2012

Za to przez ostatnie kilka dni było trochę treningu kardio z obciążeniem czyli łazikowania w naszych pięknych Taterkach. Obciążenie było tym razem porządne, razem nieśliśmy 43 kg. Fakt, ze nie rozłożone po równo. Dzieci miały po 5 kg, ja 8 kg, a mój małżonek robił za muła szerpę i miał na plecach 25 kg. Do tej pory zawsze jeździliśmy w Tatry Zachodnie, ale teraz stwierdziliśmy, że wypadałoby choć raz pokazać dzieciom Morskie Oko.


Jeszcze w Zakopanem, Toporowa Cyrhla

 

Zostawiliśmy auto w Toporowej Cyrhli i skąd ruszyliśmy do schroniska w dolinie Roztoki. Nasz pierwszy dzień niestety był dość pechowy bo po jakiejś godzinie marszu rozpętała się burza i straszna ulewa. Widzieliśmy jak biała ściana deszczu w zawrotnym tempie zbliża się do nas. Wprawdzie zdążyliśmy ubrać kurtki przeciwdeszczowe i osłonki na plecaki, ale niewiele to pomogło. Kolejne dwie godziny marszu w deszczu udowodniły, że wszystkie deklaracje o wodoodporności kurtek i butów (marek nie wymienię celowo) nie są warte funta kłaków i żałowałam, że nie miałam zwykłej foliowej peleryny.

ratujemy co się da

 

Przemoknąć do suchej nitki to mało powiedziane. Nie miałam na sobie żadnej suchej nitki. Woda głośno chlupała w butach, mokra nawet była bielizna, zalany aparat i telefon (oba przestały działać), zalane pieniądze (nie wiedziałam, że są wodoodporne), nawet śpiwory ukryte w workach w osłoniętych plandekami plecakach były wilgotne.


suszenie kasy i telefonów

 

Na szczęście schronisko w Roztoce jest jednym z lepszych jakie widziałam, bardzo przyjazne turystom, posiada działającą suszarnie. Niestety z powodu przedłużających się opadów suszarnia szybko zamieniła się w saunę. Ciuchy wyschły, owszem, ale buty już nie, tak więc następnego dnia wyruszyliśmy w mokrym obuwiu, na szczęście tylko do Doliny Pięciu Stawów, gdzie kontynuowaliśmy suszenie.






aparat czasami desperacko próbował działać, więc jest kilka zdjęć

D5S na szczęście przywitała nas słońcem i już w suchych butach zrobiliśmy sobie prawie całodniową wędrówkę poprzez Szpiglasowy Wierch, do Morskiego Oka i powrót do D5S przez Świstówkę. Przyznam, że lekko mnie rozbolał żołądek z nerwów jak widziałam jak mi dzieci śmigają po łańcuchach pod Szpiglasową Przełęczą, ale największy horror miał się wydarzyć w Morskim Oku, gdzie planowaliśmy zjeść obiad. Tuż przed dojściem do MOka zaczęło grzmieć i padać, akurat gdy doszliśmy do schroniska wszyscy plażowicze weszli do budynku i schronisko pękało w szwach. Ludzie siedzieli sobie na kolanach i jedli na stojąco. Obłęd. Wtedy postanowiłam sobie, że to był mój pierwszy i ostatni raz w Morskim Oku.


W drodze z D5S na Szpiglasowy Wierch

 


pod Szpiglasową Przełęczą


Na drugi dzień niestety pogoda się ponownie zepsuła więc do Zakopanego wracaliśmy doliną, a nie tak jak to było planowane przez przełęcz Krzyżne. Cóż, tak bywa, ale to znaczy że jest po co wracać.

Nogi trochę bolały, chociaż plecy bardziej :) Już się nie mogę doczekać kolejnego wyjazdu, może we wrześniu...

A tymczasem dziś będę próbowała powrócić do biegania. Mięśnie już zregenerowane, tylko jeszcze kolana dziwne odgłosy wydają.

Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------