....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
środa, 25 lipca 2012

Od pewnego czasu na niektórych treningach towarzyszy mi wierny partner. Zawsze entuzjastycznie nastawiony do biegania, zawsze chętny do wyjścia. Można na niego liczyć niezależnie od pogody. Czy słońce czy deszcz, na sam widok spodni od dresu czy butów do biegania już podbiega do drzwi i merda ogonem. Mój półtoraroczny golden retriever Frodo uwielbia biegać.

 

 

Wprawdzie na drugim końcu smyczy jest zazwyczaj mąż, który już jest przyzwyczajony robić trening interwałowy, gdzie interwały wyznacza pies, obsikując prawie każde napotkane drzewo.

Od niego w zasadzie się wszystko zaczęło. Mniej więcej rok temu Frodo przestał być małym szczeniaczkiem, któremu wystarczy krótki spacer w okolicy. Z powodu pracy w ciągu dnia często nie było czasu na dłuższe wyjście, ale co wieczór mąż zabierał go na kilkadziesiąt minut. Po pewnym czasie zauważyłam, że oboje przychodzą z wieczornego spaceru coraz bardziej zmęczeni i w końcu ku mojemu zdziwieniu odkryłam, ze oni regularnie biegają. Wtedy u męża pojawiła się zajawka. Zapragnął pobiec w tegorocznym Biegu Skawińskim na 10 km. Z początku nie wiedziałam czy mu się to uda, bo przecież biega od niedawna, bo nie ma żadnego planu treningowego, ani butów do biegania, ani nawet zegarka. Ale biegał regularnie, Frodo już o to dbał, i jak twierdził dla niego to było najważniejsze.

Na szczęście przed biegiem zdążyliśmy kupić buty i ... pobiegł. Nie dość, że pobiegł ale jeszcze dobiegł z całkiem dobrym czasem (0:49:10) i przyniósł do domu piękny medal :) Wtedy właśnie ja dostałam zajawkę obiecałam sobie, że w 2013 w następnym Biegu Skawińskim pobiegniemy już razem. Właśnie tak zaczęło się moje bieganie. W zasadzie przez psa.

A wczoraj przebiegliśmy razem 4 i pół kilometra i było wspaniale!!! Do tej pory nie odczuwałam aż takiej przyjemności podczas biegania. Przyznam, że mogłabym biec jeszcze i jeszcze. Może dlatego, ze w fajnym towarzystwie, może dlatego że w terenie i wolniej niż zazwyczaj? A może powoli następuje jakiś przełom w mojej kondycji? Oby to było to ostatnie :)

niedziela, 22 lipca 2012

 

Tak jak zapowiedziałam z zeszłym tygodniu dzisiaj przyszło mi się zmierzyć po raz pierwszy z dystansem 5 kilometrów.

Pogoda na początku sprzyjała, dość chłodno lekki wiaterek. Ruszyłam żwawo do przodu. Po pewnym czasie jednak zaczęłam żałować, że nie zabrałam ze sobą camelbaka, że nie nachlałam się izotoniku czy innego redbulla i że wczoraj zapomniałam zjeść na kolację spaghetti. Na trasie niestety nie było kurtyn wodnych ani żadnych punktów żywieniowych, musiałam więc cały czas biec o suchym pysku. Na 4 kilometrze i 27 metrze dopadła mnie ściana. Dalej już tylko biegłam głową, bo moje serce, ręce, nogi i cała reszta zostały o jakieś pół kilometra w tyle i już do końca nie mogły mnie dogonić. Pod koniec wyłączyli wiatr i zaczęło wychodzić słońce, czego zupełnie nie zamawiałam. Na mecie niestety nie dostałam spodziewanego orderu medalu. Muszę przyznać, że do niczego przygotowali tą trasę.

No ale żeby nie być gołosłownym podam więcej szczegółów w tym mój powalający czas (każdego powala innego powodu), może znajdę jakiegoś osobistego trenera a może nawet sponsora.

Dystans: 5 km

Czas: 38'46''

Średnia prędkość: 7.9 km/h

Średnie tętno: 158

Tętno maksymalne: 171

No ale teraz poważnie :) Według dotychczasowego planu powinnam teraz wystartować na zawodach na 5 km. Niestety w tym terminie w mojej okolicy takich zawodów nie ma. W związku z tym powstało pytanie i dylemat: Co dalej? Zatrzymać się trochę na etapie 5 km i pozwolić organizmowi się przyzwyczaić do tego wysiłku (powiedzcie że tak!!!) i powoli ruszyć dalej? Czy może przejść na kolejny poziom i zacząć ćwiczyć według nowego planu Gallowaya na 10 km, który zakłada że od dziś co niedzielę dystans zwiększa się o kilometr? Czyli za tydzień powinnam przebiec już 6 km.

Ta druga opcja jest bardzo kusząca bo pozwoliłaby mi się szybko rozwijać i za jakiś czas wystartować w zawodach na 10 km których jest o wiele więcej w okolicy. Obawiam się jednak, że taki plan to porwanie się z motyką na słońce. Moja kondycja nadal przedstawia wiele do życzenia, nadal się szybko męczę. Trochę mnie to frustruje, bo widzę, że wszyscy wokół mnie robią duże postępy w krótkim czasie a ja drepcze w miejscu (czasami dosłownie). Pierwsza opcja jest bardziej realna, rozsądna, ale wydaje się być nudna, poza tym ja jestem tak niepoprawnie niecierpliwa! Doradźcie coś, please :)

 

 

 

czwartek, 19 lipca 2012

Dziś do mnie  dotarło na czym właściwie polega fenomen metody Gallowaya. Na pewno  marsz pozwala złapać oddech gdy się ma jeszcze słabą wydajność płuc. Wysokie tętno ma szansę nieco zwolnić. Mięśnie się tak nie przemęczą, zostaną dłużej sprawne, pozwolą nam pokonać dłuższy dystans. Ale przede wszystkim to zapewnienie dla naszego przerażonego mózgu: Spoko, jeszcze tylko 500 metrów i sobie odpoczniesz.

Zauważyłam, że gdy stosuję metodę marszobiegów to biegnę o wiele spokojniej, nie stresuję się (bo ja się potrafię stresować prawie wszystkim, nawet bieganiem, ten typ już tak ma). Nie myślę obsesyjnie o tym kiedy wreszcie dobiegnę do celu i odpocznę, bo cel pojawia się dokładnie co pół kilometra a dźwięk alarmu w zegarku obwieszcza koniec biegu. Oczywiście tylko na chwilkę. Po kilkudziesięciu krokach szybkiego marszu znów trzeba biec, ale to już nie jest takie straszne, bo przecież znów pobiegnę tylko chwilę.

I tak mogę oszukiwać swój niedoskonały umysł aby pozwalał biec mojemu niedoskonałemu jeszcze ciału dłużej i dłużej, tak długo jak bym chciała. Za kilka tygodni wydłużę czas biegu, marsze będą pojawiały się rzadziej. Nie wiem jednak czy zrezygnuję z nich zupełnie, nawet gdybym fizycznie dała radę to zrobić. Jestem z natury bardzo niecierpliwa i nawet gdy moje ciało stanie się bardziej wytrzymałe i zdolne biec dłużej nie wiem czy moja psychika tyle wytrzyma. Dzielenie biegu na osiągalne etapy wydaje się tu być najlepszym rozwiązaniem.

Marsz raczej nie ujmie nic z jakości mojego biegu. Nie spowolni go (bo już wolniej się nie da), dzięki niemu wypocznę i na odcinkach biegowych będę się poruszała szybciej do ostatnich kilometrów całego dystansu. Przede wszystkim jednak bieg pozostanie przyjemnością a nie czymś uciążliwym co się chce wreszcie zakończyć. Mam też taką cichą nadzieję, że za kilka tygodni, miesięcy (no, może nie lat) marsz już mi nie będzie potrzebny, bo bieg sam w sobie stanie się przyjemnością.

Dla zainteresowanych aplikacja generująca trening metodą Galloway'a. Przez aplikację tą można też zapraszać do wspólnego biegania znajomych z facebooka.

 

 

 

Aplikacja dla biegaczy

niedziela, 15 lipca 2012

Właśnie drugi raz w życiu przebiegłam 4 kilometry i tym sposobem zakończyłam 4 tydzień mojego  programu treningowego. Gdybym powiedziała że było dziś łatwo to bym trochę skłamała.

Jest niedziela, więc pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zmienić trochę trasę więc pojechałam na wały, nad rzekę. Szybko jednak przekonałam się jak ciężko się biega po wąskiej ścieżynie gdy z obu stron trawa prawie po pas. Po raz pierwszy w życiu też spotkałam na trasie psa, który szczerzył na mnie kły. Nie był wprawdzie duży, ale i tak nie chciałabym mieć jego zębów w mojej łydce. Czytałam kiedyś co należy robić w takiej sytuacji, ale  z nerwów chyba nie mogłam sobie przypomnieć, więc mówiłam do niego "psik" i się w końcu odczepił.

Mam kilka przemyśleń po dzisiejszym biegu. Po pierwsze chyba za mało jem węglowodanów, bo ostatnio podczas biegów czuję "miękkie nogi" a to podobno objaw braku energii. Po drugie skarpetki biegowe z Lidla są cieplejsze od tych Kalenji i raczej zostawię je sobie na jesień i zimę. Po trzecie muszę się zmobilizować do biegania o wcześniejszej trochę porze niż wieczór, może będę miała więcej siły wtedy.

Za tydzień, w długim niedzielnym wybieganiu mam zaplanowane aż 5 kilometrów. Już się boję.

sobota, 14 lipca 2012

Gdy się uprawia sport jakość sprzętu to jest to co się bardzo liczy, a gdy sportowcem jest kobieta jeszcze się liczy wygląd tego sprzętu. Szkoda niestety, że cena też musi być brana pod uwagę. Dla biegacza sprzętem przede wszystkim są buty, ciuchy i sprzęt pomiarowy.

Jak tylko postanowiłam, że będę biegać przez głowę od razu przebiegła mi przyjemna myśl: Szykują się zakupy! A ja uwielbiam zakupy. Niestety nie mogłam iść na całość czyli wydać tyle ile mogłabym i nakupić tyle na ile miałabym ochotę, bo mój sceptyczny mąż od razu oznajmił, że i tak nie będę biegać dłużej niż kilka dni więc po co mi specjalne buty (skoro on już rok biega w zwykłych, ale przynajmniej biega i jest ok), po co mi nowy dres jak mam stary (Skoro on biega w dresie który pamięta jeszcze czasy studenckie i wygląda jak stare kalesony. Obiecałam sobie, ze kiedyś mu te gacie ukradkiem wyrzucę albo spalę w kominku), i w końcu po co mi pulsometr i inny sprzęt skoro na pewno za chwilę wyląduje w szufladzie lub za szafą i będzie się tam kurzyć (on przecież genialnie biega wsłuchując się w rytm swojego serca i żadnego sztucznego, elektronicznego wspomagania mu nie trzeba).

No ale przecież ja jestem tylko zwykłą kobietą i w dodatku gadżeciarą, hobby ma być przyjemne, a takie zakupy są przyjemne więc - zakupy muszą być!

Zaczęłam od butów, bo to ponoć najważniejsze. Poza tym pomyślałam sobie, ze jak już będę miała buty to resztę ciuchów dobiorę kolorystycznie pod nie. Robić to odwrotnie byłoby nader nierozsądnie. Jako, ze wcześniej wiele przeczytałam o doborze butów do biegania obiecałam sobie, ze absolutnie nie będę patrzyła na ich wygląd ani cenę tylko na wygodę. Przymierzyłam prawie wszystkie buty w Decathlonie i wybrałam najładniejsze - różowo czarne. Wieczorem w domu, zadowolona z siebie  je ubrałam aby trochę się nimi nacieszyć, pobiegałam naokoło kuchni. Były śliczne, ale coś mi w nich nie pasowało, takie toporne mi się wydawały. Chodziłam w nich po domu chyba jeszcze z godzinkę i to wewnętrzne przekonanie, że coś jest nie tak nie dawało mi spokoju. Poszperałam trochę po internecie i gdy znalazłam ich opis i okazało się, że to buty do biegania w terenie wszystko stało się jasne. Nie chciałam takich butów! Na drugi dzień w Decathlonie odbyła się powtórka z rozrywki. Tym razem przymierzałam buty prawie z zamkniętymi oczami patrząc tylko na wygodę i ich biegowe przeznaczenie. Udało mi się w końcu wybrać takie z których teraz jestem bardzo zadowolona. Są bardzo lekkie (w cięższych, terenowych butach niestety źle się czuję), tanie (59,90 zł), no i niestety białe. Jestem z nich jak do tej pory bardzo zadowolona.

Ekiden 50, Kalenji

 

 

Ze spodniami już było łatwiej, z góry wiedziałam czego chciałam - czegoś uniwersalnego, czegoś pomiędzy długimi spodniami a spodenkami. Spodobały mi się luźne rybaczki Kalenji Confort zrobione z cieniutkiego przewiewnego materiału.

 

 

Bez skarpet oczywiście nie da rady. Skoro już tyle rzeczy nakupowałam firmy Kalenji to i też skarpety. Poza tym w Decathlonie nie ma wielkiego wyboru.

 

 

 

 

Run Feel, Kalenji

 

A do tego top pod kolor, niebieski. Zakupiony dzisiaj razem ze spodenkami w Sklepie biegacza na Focha w Krakowie. Przyznam, że sam sklep mnie trochę oszołomił. Oglądając stronę internetową wiedziałam, że jest w nim wiele wszystkiego, ale takiej różnorodności fasonów i ferii kolorystycznej się nie spodziewałam. Aż mi się oczy zaczęły świecić jak tam weszłam. I nawet mój wybredny małżonek zakupił sobie koszulkę. Wierny dotychczas bawełnie, trochę nieprzekonany co do tych technicznych nowości, kupił do przetestowania.

 

 Graphic SS Top, Asics

 

 

 Strech Woven Shorts, Asics


Do tej pory byłam  na etapie poszukiwania fajnych szortów (mam już jedne, takie bardzo obcisłe, ale to było zakupowe pudło, jak do tej pory się w nich nie odważyłam wyjść to już pewnie tego nie zrobię). Wreszcie znalazłam fajne, wygodne, przewiewne i kolorystycznie pasujące do reszty.

Nieodzownym elementem mojego stroju, a zarazem biegowym wspomagaczem jest CW 500 SD PC, Kalenji. Nie wyobrażam sobie biegania bez niego. Mogę monitorować moje (wciąż malejące) tętno i sprawdzać czy biegnę z wcześniej wyznaczonym sobie planem. A potem z namaszczeniem przeglądam rozmaite tabelki i wykresy w komputerze a dodatkowe kilometry radują me serce :) Po wcześniejszym, dość pracochłonnym skalowaniu muszę przyznać, że teraz odległość mierzy bardzo dokładnie.

 

CW 500 SD PC, Kalenji

 

 

A Wy w czym i z czym zazwyczaj biegacie?

poniedziałek, 09 lipca 2012

Jak przystało na prawdziwą gadżeciarę założyłam sobie konto na Dailymile. I mojemu ślubnemu też założyłam, mimo, że bronił się rękami i nogami twierdząc, że biega dla przyjemności i zdrowia i liczby go nie interesują. Ja jednak zdecydowałam, że tak będzie zabawniej ;) Na moje konto wklepałam dwa ostatnie biegi, więcej sobie darowałam, bo do tej pory to były raczej mało liczące się dystansy. Od dziś kilometraż będzie się zwiększał, szczególnie w niedzielne biegi. Zapisałam się od razu na kilka Challenges. Każda dodatkowa motywacja mile widziana. Jedno  z moich nowych wyzwań to przebiec dookoła świata po równiku, czyli  24901 mil . Nie wiem kiedy tyle wybiegam, ale na pewno kiedyś mi się uda ;) Już nie mogę się doczekać kolejnego biegu.

 

 

czwartek, 05 lipca 2012

Właśnie wróciliśmy z krótkiej, półgodzinnej przejażdżki rowerami. Tempo było umiarkowane i czas niezbyt długi, bo z psem na smyczy, a nie chcemy by nas posądzono o znęcanie się nad zwierzętami. Zresztą cały czas pytałam męża czy Frodo aby nie musi odpocząć. Nie musiał jak się okazywało, a ja i owszem. Oznajmiłam mężowi, że jakoś dawniej tak się nie męczyłam na rowerze. On na to, że jak człowiek nie jeździ to się nie męczy. Święta racja. Nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałam na rowerze. Teraz widzę, że jak zwłoki do życia, ja powracam do sportowej aktywności. Z takim samym trudem, ale za to ku uciesze całej rodziny. Syn który dopiero co dostał kartę rowerową całą drogę prawił mi morały jak to nieprzepisowo jadę...

Po odcinku szosą wjechaliśmy na wyboistą łączkę. Modliłam się w duchu, żeby nie wywinąć orła przy własnym dziecku i zupełnie nie podkopać sobie reputacji. Jak to jest, że we wszystkim dzieci stają się lepsze ode mnie? Jeszcze niedawno uczyliśmy je z mężem jeździć na nartach a teraz o dogonieniu ich na stoku nie ma mowy, a trudność trasy wybiera się już nie pod dzieci ale pode mnie. Tak samo już zaczyna być  z rowerami.

A po dzisiejszej wycieczce to najbardziej bolą mnie ręce. Na wąskich ścieżkach zarośniętej trawą łąki ściskałam kierownicę tak mocno jak wtedy gdy po raz pierwszy wyjechałam autem zaraz po tym jak dostałam prawo jazdy, aż nabawiłam się odcisków na dłoniach. Ja chyba mam jakąś rowerową klaustrofobię, jak ścieżka jest zbyt wąska kierownica zaczyna mi odmawiać posłuszeństwa.

Mimo wszystko stwierdzam, że rower jest fajny, a takie rodzinne wycieczki bardzo nas jednoczą. Cieszę się, że w przeciwieństwie do biegania trening uzupełniający mogę robić z całą rodziną.

 

poniedziałek, 02 lipca 2012

Tak, tak, ci z drugiej strony biurka też wyczekują ich z utęsknieniem :).

Nie ukrywam, że mam na czas wakacji bardzo ambitne plany i pokładam w nich wielką nadzieję. Obiecałam sobie, że na poważnie zajmę się zdrowym gotowaniem, koniec z podjadaniem byle czego w pośpiechu. Będę robić koktajle mleczno-owocowe podpatrzone na innym blogu, jeść muesli i sałatki owocowe. Będę z zegarkiem w ręku (a raczej przy poduszce) spała nie mniej niż 8 godzin dziennie. Wysprzątam całe mieszkanie, łącznie z odgraceniem składziku rupieci tzw przydasiów piętrzących się w pomieszczeniu gospodarczym. Bardziej aktywnie zaangażuje się w tępienie moli, które poczuły się tak dobrze, że założyły sobie małą kolonię w mojej szafce z zapomnianymi razowymi mąkami. Jeśli mąki uda się jeszcze odzyskać zacznę piec chleby i pyszne (mam nadzieję) ciasta. Już mam jedno na oku. Jutro skorzystam z przepisu na placek z jagodami z blogu Makaron i rodzynka . Jagody własnej produkcji, ogródkowe. Opalę moje białe jak owa mąka nogi, coby biegać w nowych krótkich spodenkach bez kompleksów...

No i w końcu, mam nadzieję, że na poważnie zaangażuje się w trening uzupełniający, bo na to jak do tej pory zawsze czasu brakowało.

Na pewno będzie rower. Dawno nie jeździłam, ale kilka dni temu znów odkryłam uroki pedałowania. Na początek będą to krótkie kilkukilometrowe przejażdżki koło domu ale nie wykluczone, że kiedyś zwieńczymy je całodniową wycieczką. Mówię w liczbie mnogiej bo rower, w przeciwieństwie do biegania, to sport, który lubię uprawiać w towarzystwie. Jakoś nie przepadam za samotnymi jazdami. Dzisiaj poszliśmy na rowery całą rodziną (łącznie z psem) o zmroku. Ja w moim rowerze jeszcze mam dynamo, które niestety dość wyczuwalnie hamuje. Już zaczęłam się pocieszać, że mam trening z większym obciążeniem gdy usłyszałam zza pleców głos syna: "Mamuś, pedałuj bo ci gaśnie!". Za to mąż miał dodatkowy napęd w postaci czterech łap.

Myślałam też o basenie, ale jak na razie basen w mojej miejscowości jest nadal w stanie remontu i nie wiadomo kiedy go znów otworzą. Szkoda.

Być może będzie joga. Strasznie mi się ten pomysł podoba, bo chcę również poćwiczyć umysł, nie tylko ciało. Mój umysł kategorycznie domaga się relaksu, wyciszenia a może nawet medytacji.

No i w końcu będzie ab swing, który obecnie wypoczywa głęboko za szafą gdzie go  umieścił mój praktyczny mąż. Swego czasu bardzo się napaliłam na ćwiczenie brzuszków ze względów estetycznych, marzył mi się płaski pięknie umięśniony brzuch. Kupiłam więc ab swing, bo sądziłam, że takie ustrojstwo bardziej mnie zmobilizuje. Jako, że jednak efektów nie było widać natychmiast zaczęłam ów przyrząd drastycznie zaniedbywać. Przez dłuższy czas stał nieużywany aż zaczęłam wieszać na nim ubrania. Wtedy to właśnie wylądował za szafą. Dziś nadszedł czas reaktywacji.

 

niedziela, 01 lipca 2012

Bywały już trasy 3 kilometrowe, które w całości potrafiłam pokonać nie uciekając się do marszu, ale przyznam, że byłam po nich porządnie zmęczona. Moje biegi z tygodnia na tydzień się wydłużają a ja muszę im sprostać. Galloway zakłada, że marsz powinien nastąpić w takim momencie kiedy organizm jeszcze nie czuje zmęczenia. Sprawdziłam, na moim etapie jest to pół kilometra. Tak więc nastawiłam moje ustrojstwo marki Kalenji żeby pipczało co pół kilometra i przypominało mi o marszu. Metoda ta ma plusy i minusy. Pół kilometra to niewiele, mam więc dużą motywację żeby biec, bo przecież za chwilę będzie upragniony odpoczynek, kilkadziesiąt metrów marszu. Minusem jest to, że już nie będę mogła biec kiedy ludzie mnie mijają, a maszerować kiedy nikt nie widzi. Niestety.

Co poza tym? Od wczoraj moje prawe kolano wygląda tragicznie. Całe spuchnięte, chyba podwoiło swoją objętość. Czerwone i gorące jak ogień. No i boli. Aż się prosi, żeby iść z tym do jakiegoś dobrego lekarza, najlepiej sportowego. Tyle że po prostu... ugryzł mnie w nie komar. Mam nadzieję że to nie malaria ani jakaś insza zaraza.

Podczas dzisiejszego biegu jednak zostałam dwa razy naprawdę kontuzjowana. Insekty chyba zrobiły przeciwko mnie jakąś zbiorową zmowę. Mianowicie pochłonęłam dwie muchy. Jedna mi wpadła do ust, na szczęście smakowała jakąś zieleniną ale o mało co się nie udławiłam przełykając ją. Druga zaś wpadła mi nosem i musiałam wypróbować wydmuchiwanie nosa palcami. Sposób ten znałam do tej pory tylko z opisów i nie sądziłam że przyjdzie taki dzień, że sama będę musiała go zastosować. Fuj!!!

Ale, mimo tych przeciwieństw losu i masakrycznie gorącego dnia (u nas 35 stopni w cieniu) 2,5 kilometrowy bieg wykonałam po dziewiątej wieczorem, kiedy to już się dało w miarę normalnie oddychać i tym samym uznaję drugi tydzień treningu na 5 km metodą Gallowaya klepnięty :)

 

Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------