....czyli zobaczymy co z tego będzie. Opis trudnych początków biegania metodą Gallowaya.
niedziela, 28 października 2012

Ostatnio łapię się na tym, że ciągle sprawdzam jaka będzie pogoda. Obecnie nie pracuję i mam ten komfort, że mogę sobie dowolnie wybrać porę dnia w której będę biegać. Nie zawsze mi to wychodzi na dobre. Czasami zachwycam się piękną pogodą za oknem i planuję bieganie na wieczór, a tu zonk, po południu ni z gruchy ni z pietruchy zaczyna padać. Postanowiłam więcej nie dać się wykiwać pogodzie i bacznie śledzę różne prognozy. Są lepsze i gorsze serwisy, znalazłam kilka, na które z różnych powodów warto zwrócić uwagę.

 

1.Pogoda dla biegaczy

Jest to jedna z wielu rodzajów prognoz w serwisie Twojapogoda.pl. Można tam też sprawdzić pogodę dla wędkarzy, narciarzy, kierowców, a nawet astronomów. Na tej stronie dowiemy się nie tylko jaka będzie temperatura, ale możemy te sprawdzić jaka będzie temperatura odczuwalna, prędkość wiatru, procent chmur, spodziewana suma opadów, ciśnienie , wilgotność, biomet. Można się też dowiedzieć jaka będzie termika czyli na przykład, że będzie "chłodno i sucho". Obrazkowa ikonka podpowie nam jak się ubrać na trening ;) Kolorowa mapa zaś pokazuje gdzie możemy wyjechać, jeśli akurat w naszym rejonie warunki do biegania są niekorzystne ;)

 

 

 

 

 

2. Animowany widget na bloga

Z tej strony można pobrać bardzo fajny pogodowy widget na swojego bloga. Ustalamy miasto dla którego ma być pokazywana pogoda i mamy do wyboru kilka krajobrazów. Pogoda jest pokazywana w formie bardzo realistycznej animacji: widzimy przesuwające się chmury gdy jest silny wiatr, deszcz zmienia kierunek jeśli tak się dzieje w rzeczywistości, zmieniają się też pory roku, w oknach zapalają się światła gdy zapada zmrok. Jednym słowem bajer! Zobaczcie sami :)

 Aktualne warunki atmosferyczne w Bostonie :) Trzeba kliknąć na ikonkę w prawym dolnym rogu by zobaczyć więcej. Pokrętłem na myszce można wtedy podróżować w czasie. Po najechaniu myszką na księżyc lub słońce otrzymamy dodatkowe informacje o wschodach i zachodach.

Widget Pogodowy
YoWindow.com Forecast by NWS

 

Pogoda  w Kenii, w miasteczku Eldoret, najbliższe duże miasto od Iten, mekki biegaczy.

Widget Pogodowy
YoWindow.com Forecast by yr.no

 

 

3. Serwis METEO

To chyba najdokładniejsza i najwiarygodniejsza prognoza pogody jaka znam, czasami faktycznie przewiduje opady z dokładnością co do godziny. Wchodząc do serwisu mamy do wyboru dwie opcje: prognoza na 60 godzin i na 84 godzin. Im krótszy okres przewidywania tym dokładniejsza prognoza.  Z początku mnogość i złożoność wykresów może przerażać, ale szybko można wyłuskać to co dla nas istotne. Ja zawsze patrzę na wykres temperatury, opadów (im więcej zielonego lub granatowego  tym bardziej pada) i na poziom chmur, bo niski poziom chmur z reguły oznacza słoneczny dzień. Polecam, ten serwis jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

 

 

środa, 24 października 2012

Niedawno pochwaliłam się znajomej, że truchtam, dla zdrowia. Ona na to, że zniszczę sobie kolana. Zignorowałam.

Urodzonych Biegaczy przeczytałam jakiś czas temu. Po lekturze Jedz i Biegaj postanowiłam do nich wrócić i spojrzeć na niektóre fakty z innej perspektywy. Niewiele przeczytałam, gdy natknęłam się na fragment, który nie daje mi spokoju. Nurtuje mnie i niepokoi.

Chriss McDougall pisze:

...W każdym innym sporcie częstotliwość, z jaką występowały u mnie kontuzje, wykluczyłaby mnie z grona zawodników. Ale w przypadku biegaczy to norma - prawdziwymi "mutantami" są ci , którzy nie miewają żadnych urazów. Nawet ośmiu na dziesięciu biegaczy każdego roku łapie jakąś kontuzję. Nie ma znaczenia, czy jesteś ciężki, czy też chudy, powolny, czy szybki jak błyskawica, jesteś utytułowanym maratończykiem albo biegasz tylko w weekendy - i tak nie ominie cię ból w kolanach, goleniach, nadwyrężone ścięgna, obolałe biodra i pięty...

..."Sportowcy, którzy uprawiają dyscyplinę związaną w dużej mierze z bieganiem, poddają nogi ogromnemu obciążeniu". To właśnie skonstatował magazyn "Sports Injury Bulletin". "Każdy krok to działanie na jedną nogę siły równej ponad dwukrotności masy ciała biegnącej osoby. Jeżeli będziemy uparcie uderzać młotkiem w litą skałę, w końcu uda nam się zamienić kamień w pył - dokładnie tak samo siły działające podczas biegania zdolne są w końcu doprowadzić do połamania kości i chrząstek, zerwania mięśni, ścięgien i wiązadeł". Raport przygotowany przez American Association of Orthopedic Surgeons stwierdza, iż bieganie na długie dystanse stanowi "poważne zagrożenie dla integralności kolana"...

 

I bądź tu człowieku mądry.

Gdy to czytałam za pierwszym razem, nie miałam jeszcze żadnego doświadczenia biegowego, nie znałam nikogo kto biega. Uznałam więc, że to co pisze autor pewno jest mocno przesadzone, że koloryzuje. Teraz jednak rozglądam się po zaprzyjaźnionych blogach i co widzę? Kontuzje. Co druga osoba ma jakiś problem z kolanem, stopą czy biodrem. Nie ukrywam, ze jestem nie tylko przerażona, ale też lekko rozczarowana. Wyobrażałam sobie, że bieganie będzie lekiem na całe zło, prostą drogą do kondycji i zdrowia. Okazuje się jednak, że droga ta może okazać się kręta a nawet niebezpieczna.

Chciałabym mieć chociaż pewność, że moje zdrowie zależy ode mnie, a nie od przypadku, że jak będę biegać mądrze to kontuzja mnie nie dopadnie. Ale nawet tego teraz nie jestem pewna.

Nie, nie przestanę biegać. Jednak mam dziwne wrażenie, że bieganie traci w moich oczach coś ze swojej doskonałości. Czuje się jakby... zdradzona. Powiedzcie proszę, że nie mam racji!

 

poniedziałek, 22 października 2012

...jak myślałam. Bo ostatnio różne dziwne myśli przychodziły mi do głowy: że nadal biegam tak wolno, że można koło mnie spokojnie maszerować, że może powinnam rzucić bieganie i zająć się uprawianiem ogródka, że może nawet cierpię na jakiś nieuleczalny syndrom chronicznego braku kondycji... Przejrzałam moje ostanie notatki na Dailymile i doszłam do wniosku, ze nie jest  tak źle i chyba  jednak wskoczyłam na wyższy poziom (a może chociaż na poziomowe półpiętro).

Do tej pory standardem było, że biegnę pętlę: dom - szkoła moich dzieci - dom, czyli trzy kilometry. Jakiś czas temu zmieniłam stałą trasę na pętlę: dom, bank, dom i voilà, biegam teraz po 5 kilometrów. I raczej nie chodzi tu o przełamanie barier fizycznych, tylko psychicznych. Bardzo przywiązuję się do mojej trasy biegowej, nie przepadam za zmianami, a powtarzać pętli nie lubię, więc biegam ciągle tyle samo.

Chyba wkrótce muszę usiąść nad mapą i poszukać kolejnych rozwiązań alternatywnych, wyjść poza utarte schematy i wziąć pod uwagę nieodkryte jeszcze przeze mnie trasy z podbiegami (których się panicznie boję). Może następna zmiana trasy zaowocuje dodatkowym kilometrem lub dwoma? To biegowe zwiedzani najbliższej okolicy robi się nawet zabawne ;)

 

wtorek, 16 października 2012

Każdy od czasu do czasu potrzebuje trochę dodatkowej motywacji, a szczególnie początkujący biegacze tacy jak ja. Ja chyba będę wiecznie początkującym biegaczem, tak jak są wieczni studenci;) Scott Jurek (chyba powoli stający się moim idolem, nie żebym chciała takie dystanse przemierzać, ale przydałyby mi się jego upór, siła i wola walki), długodystansowiec, nawet więc i do nas kieruje słowa otuchy.

Cytat z wywiadu ze Scottem Jurkiem zamieszczonego na stronie: NaTemat.pl

-Jak wytłumaczyłbyś komuś kto “umiera” z wysiłku po 10 kilometrach truchtu, Twoją radość i ekstazę jaką czujesz biegnąc 100 milowy wyścig?

Scott Jurek: Z czasem uczysz się doceniać walkę jaką musisz stoczyć podczas tak długiego biegu. Jestem pewien, że każdy może to osiągnąć. Początki nigdy nie są łatwe. Tak jak mówisz, najpierw musisz się nauczyć walczyć o każde pierwsze 5 ,10 kilometrów. Ale z czasem po prostu to osiągasz, to jest kwestia czasu.

 

Tak więc chyba mam pomysł na tatuaż na kolejną łydkę (Którą to? Piątą?). Wydziaram sobie: To jest kwestia czasu :)

 

I kończąc tym optymistycznym akcentem serię wpisów o  Jurku,  przypomnę fajny filmik w którym sam opowiada o sobie i swoim bieganiu.

 

czwartek, 11 października 2012

Krótko mówiąc, lektura książki Scotta Jurka "Jedz i biegaj" skłoniła mnie do zweryfikowania mojej diety. Nie, nie przechodzę od razu na weganizm, ani nawet wegetarianizm. Wiele lat temu byłam wegetarianka, po pięciu latach zrezygnowałam z tej diety gdyż zabrakło mi cierpliwości do komponowania pełnowartościowych potraw i wyszukiwania odpowiednich produktów na polskim, jeszcze wtedy ubogim w zdrowe produkty rynku. Teraz też nie jestem gotowa zupełnie zrezygnować z mięsa, a tym bardziej narzucać taką dietę mężowi i dzieciom, dla których gotuję. Mogę jednak znacznie ograniczyć spożycie mięsa i serwować go raz, góra dwa razy w tygodniu, a menu wzbogacić o zaczerpnięte z wegetariańskiej diety (i książki Scotta Jurka) roślinne, zdrowe i pełnowartościowe produkty, o których często zapominamy na co dzień, czy to z braku czasu, czy przyzwyczajenia.

Jest wiele fajnych produktów żywnościowych, obecnie dostępnych na polskim rynku w prawie każdym większym sklepie spożywczym. Internet zaś roi się od smacznych przepisów z ich udziałem. Czemu więc tego nie wykorzystać i stopniowo nie zmieniać naszej diety, redukując odrobinę spożycie mięsa na korzyść zdrowej urozmaiconej diety?

A na początek wystarczy do swojej diety wprowadzić na stałe tylko kilka,  a dokładnie trzy zdrowe produkty. Oto one:

 

Chleb razowy

Chleb to rzecz którą większość z nas je w dużych ilościach.Wystarczy zamienić białe pieczywo na razowe, do którego wypieku używana jest mąka grubo zmielona z ziarna razem z okrywą owocowo-nasienną czyli z otrębami.

Składniki znajdujące się w osłonie ziarna mają właściwości przeciwutleniające. Wśród nich są fitoestrogeny i substancje, które mogą wiązać kancerogeny i regulować glikemię. W chlebie razowym znajdziemy także sporo magnezu i witaminy z grupy B niezbędnych do prawidłowej pracy układu nerwowego. A w chlebie robionym na zakwasie jest kwas mlekowy który ułatwiając trawienie, zapobiega zaparcia i chroni nas przed nowotworami jelita grubego.

Ja jednak chcę posunąć się dalej i namówić was do samodzielnego pieczenia chleba. Ma to niesłychana zaletę. Po pierwsze, unikamy ewentualnej chemii: spulchniaczy, ulepszaczy i nie wiadomo czego jeszcze. Po drugie, sami decydujemy co dodać do naszego chlebka, a możliwości jest wiele. Możemy go wzbogacić o pestki z dyni, ziarna słonecznika, zarodki pszenne, otręby, zioła.... i wiele, wiele więcej. Upieczenie takiego chleba jest banalnie proste jeśli się ma automat do chleba. Ja używam model firmy Clatronic, ale wybór automatów jest duży i nawet w Tesco czy w zwykłym sklepie AGD możemy kupić już coś za około 200 zł. Pieczenie chleba w automacie polega właściwie na wsypaniu wszystkich składników do zamykanej miski  i włączeniu jednego z kilku dostępnych programów. Tyle! Banalnie proste. Taki automat robi też ciasto na pizze, wyrabia ciasto na bułki, które możemy potem upiec w piekarniku, piecze ciasta, czy też robi pyszne domowe dżemy.

Jako bazę pomysłów na domowe chlebki polecam książkę Chleb własnego wypieku. Przepisy w niej zawarte są fajne i proste i na pewno zdrowe :)

 

Herbata zielona, owocowa, ziołowa

To kolejna rzecz którą spożywamy codziennie i czasami w dużych ilościach. Można to wykorzystać i "podmienić" zwykłą herbatę na taka, która ma jakieś właściwości lecznicze.

Za najzdrowsze uchodzą herbaty zielone. Herbata zielona wpływa na zmniejszenie ryzyka zachorowania na choroby serca oraz na niektóre odmiany raka, może także obniżyć poziom cholesterolu, a nawet podnieść HDL czyli tzw. dobry cholesterol w organizmie. Sądzi się także, że spożywanie zielonej herbaty pomaga w kontrolowaniu wagi ciała. Podobno sekret zielonej herbaty tkwi w jej potężnych pokładach antyoksydantów, które pochodzą z polifenoli w niej zawartych.

Zamiast zwykłej herbaty możemy też pić herbatki ziołowe i owocowe, ale te oparte na ziołach i prawdziwych suszonych owocach, a nie takie co mają dodane tylko aromaty owocowe. Przed kupnem trzeba dokładnie przestudiować skład. Ciężko kupić mieszankę zupełnie niearomatyzowaną, ale ważne jest to by owoce stanowiły przynajmniej 50% a nie dwa czy trzy procent.

 

Soja i soczewica

To rośliny wciąż niepopularne w polskiej kuchni, mimo że już łatwo dostępne na polskim rynku. A szkoda!

Soja, krewna grochu i fasoli, przede wszystkim dostarcza nam dużej ilości białka (nawet do 40 % objętości), ale jest  też źródłem węglowodanów i tłuszczów, w tym najzdrowszych nienasyconych kwasów tłuszczowych, zawiera też witaminy z grupy B (witamina B1, B2, B6) oraz pierwiastki mineralne: potas, żelazo, magnez, fosfor i wapń. Regularne jedzenie soi obniża poziom tak zwanego "złego cholesterolu". Dieta bogata w tę roślinę, zawierającą sporo substancji przeciwutleniających i fitoestrogenów, zmniejsza ryzyko zachorowania na miażdżycę, choroby serca i nowotwory.

Soczewica, mimo, że znana od czasów prehistorycznych, posiadająca liczne wartości odżywcze, w Polsce o dziwo wciąż rzadko spotykana w kuchni, w przeciwieństwie do krajów arabskich. Tak jak soja, zawiera ogromne ilości białka, przez co również jest polecana dla sportowców. Inne wartościowe składniki  to: kwas foliowy, skrobia, wapń, fosfor, beta-karoten oraz witaminy B i PP oraz żelazo. Ponadto soczewica ma bardzo niski indeks glikemiczny i z powodzeniem może być stosowana podczas diet.

 

 

 

Powyższe zdjęcie jest reklamą jednej z wegetariańskich restauracji ;) Więcej takich nietypowych reklam znajdziecie tutaj ;)

poniedziałek, 08 października 2012

Dzisiaj w mojej poczcie mailowej znalazłam oto taki tekst:

"Bez względu na wiek i kondycję wciąż tkwią w nas niewykorzystane możliwości i nowe piękno, które czeka aby się narodzić". D. Turner.

Martwisz się kiepską kondycją i zadyszką, która nie pozwala Ci ukończyć zaplanowanego dystansu? A może czujesz się słaba i zazdrościsz młodszym koleżankom energii i szybkości na zawodach? Nie poddawaj się! Wiara we własne możliwości to najsolidniejsza podstawa sukcesu. Zaufaj sobie, nie oglądaj się na innych tylko idź (biegnij!) do przodu - w swoim tempie. Ostatni tydzień był kiepski? Dziś zaczyna się nowy! Uwierz, że możesz osiągnąć bardzo wiele. Z pewnością jeszcze nie raz zadziwisz samą siebie!


Czyżby napisane specjalnie dla mnie? Dziś kolejny raz biłam się z myślami czy wyjść pobiegać teraz czy później i próbowałam sobie udowodnić, że wiatr i plucha za oknem nie sprzyja treningom. Zastanawiałam się też czy w ogóle warto trenować skoro wyraźnego postępu nie widać? Po przeczytaniu tego maila jednak szybko wybiegłam żeby potruchtać powoli ;)

Kochane, jeśli i wy chcecie dostawać na maila regularne i solidne porcje motywacji, zapiszcie się na Newsletter na stronie Kobietki Biegają. Polecam!!!

Kobietki, Dziękuję :)

 

sobota, 06 października 2012

Zasada jest prosta i surowa: biegnij, aż już nie będziesz mógł. A potem pobiegnij jeszcze trochę. Znajdź nowe źródło energii i woli. I biegnij jeszcze szybciej.

Kilka dni temu, gdy już poczułam się lepiej, a po przeziębieniu zostało wspomnienie w postaci jeszcze trochę zatkanego nosa, postanowiłam powrócić do żywych, czyli wznowić jaką taką aktywność fizyczną. Na pierwszy ogień poszedł rower, bo wydawało mi się, że rekreacyjna jazda na rowerze jest mniej męcząca niż bieganie. Z mężem i synem postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę do Tyńca i przy okazji zwiedzić klasztor. Pogoda dobra, chłodno, ale słonecznie, do przejechania niecałe 20 kilometrów. Niby wszystko w porządku, ale nie do końca.

Po przyjeździe do domu i zejściu z rowera prawie nie mogłam ustać na nogach. Ból ud i kolan był okropny. Dały mi się we znaki podjazdy pod Tyńcem. Ostatni raz na rowerze byłam miesiąc temu, w ogóle rzadko jeżdżę, nogi nie są przyzwyczajone. Ból mięśni ustał po godzinie, ale ból kolan pozostał. Położyłam się do łóżka wcześniej. Posmarowałam kolana świeżo zakupionym w Tyńcu olejkiem do masażu  Brata Grzegorza (gdy go kupowałam, nie sadziłam, że od razu mi się przyda i nie sądziłam, że tak rewelacyjnie zadziała, na drugi dzień nie było śladu po bólu) i sięgnęłam po "Jedz i biegaj" Scotta Jurka.

Jęcząc z bólu coraz bardziej zagłębiałam się w pasjonującej lekturze. Nie będę dokładnie opisywać jak dobrze się ją czyta, jakie fajne przepisy kulinarne podaje autor i jak ciekawie opisuje swoje dzieciństwo. Nie o tym teraz będzie mowa. Już z pierwszych kart książki bombardowała mnie informacja: bieganie to ból i lepiej żebym była na to fizycznie i psychicznie przygotowana. A przecież zawsze instynktownie i podświadomie unikałam bólu i zmęczenia...

Oczywiście, że można biegać rekreacyjnie, dla przyjemności, tuż na graniczy zmęczenia. Takie bieganie zapewne przyniesie nam dobre samopoczucie i zdrowie, ale nie da zadowalających postępów, nie będziemy coraz wytrzymalsi i coraz szybsi, a w większości przypadków o to nam przecież chodzi. Żeby nasze mięśnie "wskoczyły" na kolejny poziom wytrenowania musimy je zmęczyć tak, aby doszło do mikro urazów, które zostaną odbudowane z nadwyżką w fazie regeneracji, czyli pomiędzy treningami, a potem znowu trzeba przesunąć granicę naszej wytrzymałości troszkę dalej i dalej.

I nie ma znaczenia czy to jest ból ultramaratończyka, który przekracza właśnie możliwości swojego organizmu na sto pięćdziesiątym kilometrze czy ból początkującego, którego siódmy kilometr wita zadyszką i bólem niewytrenowanych mięśni, a bieg na dziesięć kilometrów jawi mu się jako odległy dystans ultra. Każdy bowiem ma jakiś swój próg do przekroczenia, jakiś własny ból do pokonania.

Każdy z nas ma w sobie dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sam nie wie, czy zdoła to osiągnąć. Może to być przebiegnięcie mili, udział w biegu na dziesięć kilometrów, albo na sto mil. Może to być zmiana zawodu, schudnięcie o dwa kilo, wyznanie komuś miłości...

Do tej pory miałam mieszane uczucia związane z moim bieganiem. Bo przecież biegam już trochę, a ciągle się męczę, ciągle coś boli, nadal zadyszka. Scott Jurek, zwany królem bólu uświadomił mi, że to normalne, że tak ma być jeśli się chce iść do przodu i być choć ciut lepszym, biec ciut dalej, odrobinę szybciej każdego dnia. Wciąż trzeba ten swój próg przekraczać, w pocie i bólu. Do bólu i zmęczenia trzeba przywyknąć, żeby móc się rozwijać trzeba je zaakceptować.

Ból się lekceważy, przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza...

...Wiem, że wybrałem sport najeżony długimi okresami bólu.

Albo jak powiedział kolega Scotta Jurka:

Nie każdy ból jest istotny.

Świadomość, że inni też tak mają, może nie jest wielkim pocieszeniem dla mnie, ale daje mi poczucie, że nie jestem inna, że tak ma być. Były już momenty, że byłam o krok od rezygnacji, pomyślałam, że się nie uda, że nie dotrwam do takiego dnia, w którym nie będę zmęczona po treningu, kiedy bieganie będzie dla mnie łatwe. Teraz wiem, że takiego dnia faktycznie nie będzie, ale też wiem, że właśnie tak ma być jeśli mam iść do przodu.

Na drugim końcu barykady jest z kolei nasz instynkt samozachowawczy, który każe nam oszczędzać energię i unikać bólu, nawet podświadomie. Chcąc więc odnosić sukcesy musimy czasami działać wbrew naszej ludzkiej naturze, albo... trzeba lubić to uczucie. Czasami się zastanawiam czy aby efektywnie pracować nad sobą, bić własne rekordy i robić postępy nie trzeba mieć w sobie odrobinę masochisty?

...W błocie i mchu znalazłem ból, którego szukałem, ale chciałem jeszcze...

.... kiedy już poznałem satysfakcję, jaką daje ból, pragnąłem czuć go więcej....

 

piątek, 05 października 2012
niedziela, 30 września 2012

Wrzesień był dla mnie bardzo ważnym miesiącem, bo rozpoczął się od mojego debiutu biegowego w Rzeszowie. Potem była wprawdzie mniej udana Krynica, ale na osłodę pobiegłam w Krakowie w charytatywnym biegu Tesco Dzieciom.

W tym miesiącu też zdałam sobie sprawę, że jeszcze długa droga przede mną, aby wypracować jaką taką kondycję. Przeczytałam artykuł na Polska Biega i zdałam sobie sprawę, że ja już zdążyłam popełnić wszystkie te błędy początkującego biegacza na raz. Postanowiłam więc przystopować ze startami a po prostu biegać. Niestety pod koniec września moje plany pokrzyżowało przeziębienie.

I ciekawostka, mój 11 letni syn stwierdził, że chciałby uprawiać Triathlon :) Dobrze pływa, uwielbia jeździć na rowerze, ale nigdy nie chciał biegać. Powiedział, ze może spróbuje ze mną potruchtać :) Strasznie się cieszę :)

 

Na liczniku ogólnym mam już: 183 km

 

A oto szczegóły września:

 

przebiegłam: 41 km ( tylko)

w biegu spędziłam: 4 godz 43 min

ilość treningów w sierpniu: 11 (tyle samo co w sierpniu, widocznie biegi były krótsze)

średnia prędkość: 8,7 km/h (wciąż ciut szybciej, ale wcale nie wiem czy to dobrze)

 

środa, 26 września 2012

Chyba znów będę miała przymusowy urlop od biegania, bo tym razem przeziębiłam się na dobre. Jakiś czas temu złapał mnie katar i ból gardła. Trochę się podleczyłam, kilka dni nie biegałam, oszczędzałam się na ile się dało. Nie przeszło do końca, ale pomyślałam, że skoro jest lepiej to mogę  biegać. Wyszłam dosłownie na jeden bieg i wieczorem już miałam kaszel i okropny ból w klatce piersiowej oraz ogólne osłabienie, które bieganiu raczej nie sprzyja. Jeśli mamy wątpliwości czy biegać czy nie biegać gdy nie za dobrze się czujemy, to chyba lepiej sobie odpuścić  niż przypłacić to powikłaniami i jeszcze dłuższym czasem leczenia.

A jak sobie radzić z przeziębieniem? To wirus, a jak na razie na wirusy nie mamy ogólnodostępnego skutecznego lekarstwa. Organizm musi uporać się z nim sam, my tylko możemy łagodzić objawy. Wniosek z tego taki, że lepiej zapobiegać. Wirusy są wszędzie, ale silny organizm potrafi się do pewnego stopnia przed nimi bronić. Unikając pewnych rzeczy i sytuacji możemy wspomóc nasz naturalny system immunologiczny.

Co powoduje, że jesteśmy bardziej podatni na wirusy?

- przemęczenie organizmu

- stres

- zbyt mała ilość snu (podobno naukowcy dowiedli, że gdy się śpi mniej niż 7 godzin na dobę prawdopodobieństwo infekcji jest trzy razy większe niż gdy się śpi ponad 8 godzin na dobę).

- niedobór witaminy D

- według niektórych źródeł również nagłe wyziębienie organizmu, a szczególnie stóp.

Wszystko to osłabia nasz układ odpornościowy i otwiera wrota wirusom. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak wrzucić teraz trochę na luz, oszczędzać się, dać organizmowi szansę, żeby się zregenerował i sam zwalczył wirusa.

 

Syrop z cebuli

Jeśli zaś chodzi o łagodzenie objawów, to do tej pory zażywałam gripex. Na ulotce jednak piszę, że za długo przyjmować tego nie można, postanowiłam więc wypróbować coś z medycyny ludowej. Znajoma zawsze polecała mi syrop z cebuli. Jest prosty do przygotowania, tani i podobno rewelacyjnie działa. Ona to sprawdziła na sobie i swoich dzieciach. Ma właściwości antybakteryjne a także wzmacnia odporność.

Sposób przygotowania:

 Dwie lub trzy cebule należy drobno posiekać, wrzucić do słoika i zasypać cukrem lub zalać miodem (jedna łyżka na jedną cebulę). Odstawić na kilka do kilkunastu godzin. Gdy cebula puści sok, syrop jest gotowy (można go przecedzić). Należy pić kilka razy dziennie po łyżeczce.

Pewno nie należy do najsmaczniejszych, ale liczę na to, że będzie skuteczny. Idę więc kroić cebulę :)

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Akcje
Aktualności
Biegają i piszą:
Filmy o bieganiu
Polecam
Styl życia
Gotują
Inspirują
Plany treningowe
Poprawiają mi humor:
Trudne początki
Z różnych stron świata
Zapowiedzi zawodów


Skrzynka pocztowa Napisz :)


A U MNIE DZIŚ TAK: -------